Jechaliśmy sznurem przez las. Noc zapadała.
Byłem ponury i smutny. Gryzł mnie niepokój o Nich. Przeczuwałem coś złego.
Wszyscy byli przemęczeni. Mimo huku strzałów i wstrząśnień jazdy, Zosia drzemała. Usłano jej specjalne gniazdko pod płócienną budą, i leżała tam sobie zwinięta w kłębek, nie wypuszczając mnie z rąk ani na chwilę.
Zrobiło się ciemno. Noc była chmurna, ciężka. Co chwila dalekie race i pociski świetlne rozjaśniały niebo.
Jechaliśmy między rzadkimi, starymi drzewami, które w tych chwilowych wybuchach światła nabierały fantastycznych kształtów.
W pewnej chwili, gdy skręcaliśmy koło wąwozu, rozległo się nagłe wycie, krzyk, strzały.
— Kozacy! — przemknęła błyskawicą myśl.
Konie skręciły z miejsca, i ruszyły z kopyta. Dobrze! Umkniemy.
Ale dlaczego w przeciwną niż reszta taboru stronę?
Ach! to tamte, zdobyczne konie Griszki! Może poczuły swoich?