Daremnie powożący żołnierz zawraca, wstrzymuje — Gnamy bez przytomności. Rzadkie drzewa migają po bokach. Lada chwila możemy się roztrzaskać o pień. Wchodzę w porozumienie z uprzężą. I ta stara się powstrzymać pęd. Wszystko na próżno.

O, jak trudno dogadać się z koniem! Łatwiej niż z człowiekiem, ale jakże trudno!

Przecież my nie chcemy tam jechać! I jakżeż można tłuc się tak bez pamięci! To było dobre dla skrzyń — ale — Zosia!

Mała rozbudzona, z szeroko otwartymi z przerażenia oczyma siedzi, trzymając mnie konwulsyjnie za łapę.

Słyszymy za sobą z bliska goniących jeźdźców. Wreszcie konie zziajane zwalniają biegu.

Słyszymy przeciągłe:

— Stooj!

Jesteśmy „z tamtej strony”.

Z tamtej strony

Mrużyłem oczy, nie chcąc widzieć straszliwej prawdy.