Widnokrąg rozszerza się pod nami i zmienia do niepoznania.
Ziemia ma teraz kształt wklęsły, jak wielka, okrągła, zielona miska. Czarne rysy krają ją jak pęknięcia. Błękitna wstęga Marny błyszczy w słońcu.
Z dwóch stron długą, jak okiem dojrzeć, linią wybuchają co chwila błękitnawe dymki.
Drobne mróweczki uwijają się dokoła.
Widok jest tak dziwny i piękny, że nie mogę przyjść do siebie ze zdumienia.
Mój oficer ze słuchawką na uszach, z lunetą przed sobą, bada teren.
Zrozumiałem, że porozumiewa się z ziemią. Że kieruje obstrzałem.
Tak. Te śliczne błękitnawe pióropuszki dymków — to artyleria. Te ruchliwe mróweczki — to wojsko. A ta czarna rysa przed nami — to francuskie okopy.
A więc wystarcza podnieść się trochę w górę, aby patrzeć na wojnę jak na zapasy mrówek?
Ależ ja nie chcę! Nie chcę przeciw tamtym!