— Baczność! — zgrzytnęły nagle wyprężone liny. Balon począł się kiwać kłopotliwie w silnie dmącym wietrze, zupełnie, jak wielki, dobroduszny, zaniepokojony zwierz.
— Co się stało? — pytałem.
— Nic! nic! fałszywy alarm! — uspokoiła luneta.
— Myślałem, że już leci — martwił się balon.
— Czegóż na takiej wysokości jeszcze się bać można? — badałem zdumiony.
— On napada z góry — wzdychał balon.
Spadochron, przyczepiony do niezwykłego kroju spodni niemieckiego oficera, objaśnił mnie wreszcie.
— Balon boi się francuskich aeroplanów. Ciska taki bombę z góry i — krrach! — po wszystkim!
— A wtedy co? — pytałem zaniepokojony.
— Od tego jestem ja — odrzekł dumnie. — Wtedy się skacze z łódki, ja się rozwijam i znoszę gościa powoli na ziemię.