— Tylko dotknę i zaraz cofnę — myśli wyraźnie.
Chce się oderwać, uciekać i nie może. A koło zdaje się obracać coraz wolniej, coraz leniwiej... Olbrzymia ręka szprychy wydłuża się, wydłuża... Czuć jej zimny powiew. Za chwilę dotknie jego twarzy. Jezus Marja!!
Berg czuje nagle ostry ból w ramieniu. Czyjeś kościste pałce odrzucają go z niepojętą siłą w bok i słyszy twardy, chropowaty głos, jak głos trąby jerychońskiej:
— Ostrożnie! Byłby Pan wpadł w maszynę.
Widzi nad sobą okopconą twarz robotnika, duże niebieskie oczy, wpatrzone w niego z pod zmarszczonych brwi.
— Niech pan idzie na górę spać, my tu już sami dopilnujemy — mówi głos z tym samym akcetem rozkazującym, wobec którego Berg czuje się bezwolnym i słabym jak dziecko.
Silna koścista ręka przeprowadza go, unosząc prawie przez halę i puszcza na podwórzu.
— Dziękuję — mówi cicho Berg i widzi nad sobą ogromną, czarną twarz nieba, całą w pryszczach gwiazd.
7
W tydzień po tym zajściu, Berg wyszedł wcześniej niż zwykle z elektrowni i skierował się w stronę przeciwległą miasta.