Ludzie biegli, szli, popychali się, warczały auta, dzwoniły tramwaje, wypluwały i połykały na przystankach nowe transporty ludzi i mijały go z jednostajnym zgrzytem szlifowanych szyn.
3
Późno już wieczorem do starszego sanitarjusza kliniki Tymoteusza Lerche, starego barczystego wygi o ospowatej twarzy i ryżym zaroście, zgłosił się młody, przyzwoicie ubrany człowiek, który odwoławszy go na stronę, kręcąc w palcach banknot 500-frankowy, zapytał go, czy nie byłby skłonnym wyrządzić mu pewnej przysługi.
Tymoteusz Lerche zapewnił nieznajomego, że jest całkowicie do jego dyspozycji.
Wtedy ten, ująwszy go przyjaźnie pod ramię, wyjaśnił, że jest krewnym przywiezionej tu przed dwoma dniami Izoldy Morgan, ofiary wypadku tramwajowego, i że chciałby, o ile to jest możliwem, (banknot zaszeleściał w tym miejscu obiecująco) otrzymać obie amputowane nogi swej kuzynki,
Tymoteusz Lerche nie wyraził najmniejszego zdziwienia, pochylił posłusznie głowę na znak, że rozumie, zastrzegł się tylko, że nie wie, czy członki żądane nie zostały już wyrzucone razem z innymi odpadkami, poczem oddalił się, wskazując przybyłemu krzesło.
Po dwudziestu minutach powrócił, niosąc pod pachą wielkie, podłużne pudło, zawinięte starannie w szary papier. Paczka mogła uchodzić łudząco za pakiet z modnego magazynu konfekcji, a różowa wstążeczka, którą była owiązana, nadawała jej wygląd wykwintny.
Tymoteusz Lerche podał w milczeniu paczkę przybyłemu. 500 fr. utonęło w jego chałacie. Poczem zapytał jeszcze, czy nieznajomy nie rozkaże chłopcu odnieść sobie pakietu do domu.
Przybysz jednak nie skorzystał z pomocy służby, ale ująwszy paczkę pod ramię, wyszedł z nią sam, odprowadzany głębokimi ukłonami sanitarjusza i dwuch portjerów.