I znów kasztany i znów smak wilgotnych ust i długa, wązka noga, wynużająca się z słonecznej piany sukienek.
(...ćśśścho, przecież nie będę krzyczał...)
Jaką zabawną minę ma doktór. Lewy wąs mu opada, jak u chrabąszcza, a na końcu nosa malutki pryszcz.
I wtedy spotkał jej oczy, oczy wylękłego, skatowanego psa (...u ojca, na podwórzu — potopili mu szczenięta...), jakby żebrzące o litość, wpatrzone w niego z naprężonym wyczekiwaniem.
Poczuł, że pod tym wzrokiem mięsza się, że rumieni się, jak sztubak, że stoi tu już parę minut, że trzeba nareszcie coś powiedzieć, i że on przecież nic nie powie.
I nagle zachciało mu się uciec.
(...na ulicy ludzie, dorożki, turkot, tramwaje trrr...)
Dlaczego ten doktór ma taką dziwną minę? O tu jest klamka, teraz tylko do siebie.
Sadził po schodach po cztery stopnie na raz, dopóki nie znalazł się na ulicy wmieszany w pstry, rozgorączkowany tłum.
Upadł czerwony, rozpalony, jak płachta. Okrągła, okrągła skończoność. I nad rozdętem I miasta olbrzymia kropka słońca.