Z szoferki wyżyć już było można. Daleko gorsze — upokorzenia. Paryż roił się od znajomych, papy i własnych. Nie wszyscy przyjechali z niczym. Niektórzy, owszem, potrafili przeszwarcować22 coś niecoś, z grubsza. W Paryżu z pieniędzmi nie ma kłopotu. Pozakładali przedsiębiorstwa, robią interesy. Wielu ma już własne maszyny. Inni dzień i noc rozbijają się taksówkami. Przykre, kłopotliwe spotkania. Wożąc znajomych i wyciągając rękę po napiwek, odwracał twarz w inną stronę. W notesie — adresy wszystkich domów publicznych i domów schadzek.

Nie tylko znajomi — często i znajome. Wieczorami, pod „Florydą”, pijane, w towarzystwie podskubanych Francuzików — taksówką do hotelu. Inne nie zdążą nawet dojechać do hotelu — wprost w taxi. Siedzenie miękkie — wszystkie wygody. W polerowanym lusterku przy kierownicy — co wieczora całe „Chabanais”: wszystkie figury. Taxi, jak lupanar, na kilometr zalatuje spermą... W Moskwie były gimnazistkami: warkoczyk, nieprzyzwoitego słowa w towarzystwie nie zniesie, papa — tajny radca, narzeczony i wszystko jak się należy. Tu — ledwie wsiądzie do taksówki, już nogi rozkracza: paryżanka! Cała Etoile — jeden wielki bordel: pokaż sto franków — zaliżą na śmierć. Nie potępiał. Cóż, może naprawdę żyć nie mają z czego? Każdy zarabia, jak może... Aż do jednego, najbardziej upokarzającego spotkania.

Miał w Moskwie narzeczoną. Córka generała Achmatowa, Tania. Oczy — lazur. Uduchowiona. Cała — Balmont i Siewierianin. Na fortepianie gra jak artystka. Zaręczyli się przed rewolucją. Kiedy odjeżdżał na front, pocałowała go w usta i dwie ciepłe łezki spłynęły mu po policzkach, zostały na zawsze w małej fiolce serca.

Z Rosji uciekli jedni z pierwszych. Przebąkiwano o nich, że są w Paryżu. Przewidujący generał pieniądze umieścił w zagranicznym banku. W Paryżu, grając na giełdzie, majątek podobno podwoił. Przyjechawszy do Paryża latem, Sołomin odszukał ich adres. Powiedziano mu: państwo — w Nizzy, kiedy wrócą — nie wiemy.

I oto pewnego razu, odwożąc klientkę pod znajomy dom schadzek, ujrzał: wychodzi z bramy — ona. Nie wierzył własnym oczom. Wsiadła do taksówki, niedbale rzuciła adres.

Jadąc, układał w myśli plan. Nie powie nic, tylko przy płaceniu zdejmie czapkę, żeby go poznała. Przed domem jej jednak nie wytrzymał. Osadziwszy maszynę, odwrócił się do wnętrza i zdejmując czapkę, powiedział dobitnie:

— Dużo też pani dorabia w ten sposób, Tatiano Nikołajewno?

Przelękła się, potem — w płacz. Wodotrysk słów. Papa skąpy, wylicza każdy grosz. Trudno chodzić w pocerowanych pończochach. Tyle przeżyli...

— Gdzież to, jeżeli wolno wiedzieć? W Nizzy?

Zmarszczyła brwi. Trzasnęła drzwiczkami. Nie jest obowiązana zdawać sprawy ze swoich uczynków byle szoferowi. (Tak dosłownie powiedziała: „Byle szoferowi” — Sołomin dobrze zapamiętał.) Wetknęła mu w garść dziesięć franków i zniknęła w bramie.