Punktualnie o dziesiątej z rana miękki sześcioosobowy Fiat, po okazaniu odpowiednich przepustek, przejechał Most Jena, kierując się w stronę Pałacu Burbońskiego.

Dyżurny urzędnik chłodnymi, dobrze już znajomymi kuluarami poprowadził delegację rosyjską do małej sali posiedzeń, gdzie czekało na nią nad stołem zawalonym skoroszytami czterech szpakowatych, czarno ubranych panów. Przystąpiono od razu do omówienia poszczególnych punktów. Francuzi wysuwali dodatkowe klauzule, nie zgadzali się na projekt wypłat progresywnych, żądali natychmiastowego, gotówkowego załatwienia sprawy. Posiedzenie ciągnęło się w nieskończoność.

Rotmistrz Sołomin, niebiorący czynnego udziału w obradach i zachowujący dostojne milczenie, ziewał dyskretnie w dłoń i znudzonym wzrokiem błądził po suficie.

W chwili, gdy układy zdawały się już pomyślnie zmierzać ku końcowi, siwy pan o wąskim, wydłużonym nosie, wyjął z kieszonki zegarek i ogłosił przerwę śniadaniową.

Przewodniczący delegacji rosyjskiej, zdenerwowany tą nową zwłoką, próbował zaoponować, przekładając, że do chwili sfinalizowania układów pozostało jeszcze najwyżej pół godziny, że odkładać sprawy dłużej nie należałoby i że po załatwieniu jej wszyscy zdążą swobodnie udać się na śniadanie. Panowie o burbońskich nosach zdawali się nie słyszeć jego słów i, jak na komendę, wstali od stołu, przy czym siwy pan niewzruszonym głosem oświadczył, że dalszy ciąg obrad rozpocznie się o godzinie drugiej. Delegacji rosyjskiej nie pozostało nic innego, jak, zagryzłszy wargi, odsunąć krzesła i udać się na przechadzkę w oczekiwaniu ponownego rozpoczęcia układów.

W poszukiwaniu pisuaru rotmistrz Sołomin zabłądził wśród nieskończonych kuluarów i długo wałęsał się, na próżno szukając zgubionej sali. Kiedy wreszcie natrafił na schody i znalazł się na ulicy, kolegów przed pałacem już nie było; najwidoczniej, nie mogąc się go doczekać, udali się bez niego na miasto.

Rotmistrz Sołomin powolnym, spacerowym krokiem zapuścił się w ciche, szkliste od asfaltu ulice. Znał tę dzielnicę dobrze. Odwoził tu, nie tak jeszcze dawno temu, po teatrze, starszych, bogatych panów z nieodłączną rozetką legii honorowej w butonierce. Najgorsi pasażerowie! Zawsze kombinują: wsypie ci taki w rękę pełną garść drobniaków, rachuj do jutra, nie dorachujesz się — pięć sous napiwku.

Rotmistrz Sołomin ze swego przymusowego zawodu wyniósł nieprzezwyciężoną pogardę dla Francuzów, jako uosobienia wszystkich cech diametralnie przeciwnych „szerokiej naturze rosyjskiej”.

Mocą wieloletniego nawyku, obecny rotmistrz, zmieniwszy uniform szoferski na kawaleryjskie rajtuzy, nie przestał wartościować ludzi stosownie do wielkości dawanych przez nich napiwków. Nie był to bynajmniej z jego strony objaw solidarności w stosunku do klasy pariasów, której szeregi opuścił niedawno, lecz jedna z tych wyżłobionych w umyśle fałd przyzwyczajenia, po których myśli spływają automatycznie, jak łzy po bruzdach pooranej zmarszczkami twarzy.

Po raz pierwszy szedł chodnikami tej dzielnicy jak wolny, równouprawniony przechodzień, spoglądając z wysokości swych złotych epoletów na mijających go ludzi. Można by powiedzieć, że wraz z mundurem oficerskim włożył na oczy inne okulary i oglądane przez nie po raz pierwszy miasto, którego nie znosił, pochylony nad kierownicą, z trotuaru wydało mu się naraz przez te szkła przyjaznym, pociągającym i niepozbawionym swoistego uroku.