Zatrzymał się w kontemplacji przed oszkloną witryną wielkiego zakładu restauracyjnego, uciekającego w głąb tunelem luster, cienistą oranżerią egzotyczną i dziwaczną, gdzie nad bielą rozrzuconych jak płaty śniegu obrusów kołyszą się wysmukłe wachlarze palm.

Dawniej szybko wymijał te lokale, czasem tylko, ilekroć wypadało mu wysadzać przed ich oszklonym tunelem wyfraczonych gości, rzucał do wewnątrz ukradkiem złe, zazdrosne spojrzenie. Był to ten inny, zamknięty, na zawsze niedostępny świat, miasto w mieście, odgrodzone od reszty tylko grubą taflą szkła, widzialne a nieprzeniknione. Dostać się tam można było jedynie, przywdziawszy uprzednio frak, podobnie jak po to, aby przeniknąć w głębie morskie, włożyć trzeba ubranie nurka.

Znieruchomiałego przed witryną rotmistrza Sołomina nagle olśniła kapitalna myśl. W rzeczy samej, kto w danej chwili może mu zabronić wejść do środka, jeżeli mu się zechce, kto przeszkodzi mu usiąść w cieniu egzotycznej palmy, pośród tych czarnych dżentelmenów w polerowanych garniturach, wyrastających niby tresowane foki nad lodowatymi blokami obrusów i, niedbale zamówiwszy cokolwiek, zmusić do zakrzątnięcia się wokoło swej osoby wyfraczonego fagasa z przyrosłym do twarzy, przypochlebnym uśmiechem?

Olśnienie było tak nagłe, że rotmistrz Sołomin z niemałym trudem zdołał odegrać przed samym sobą małą wewnętrzną komedię obojętności.

Jak gdyby obserwowało go w tej chwili całe miasto (ulica była zupełnie pusta), rotmistrz Sołomin wyjął od niechcenia gruby złoty zegarek; jakby zauważył dopiero teraz, że właśnie jest pora posiłku, nieokreślonym, lecz wymownym gestem dał komuś do zrozumienia, że skoro już w pobliżu znalazła się restauracja, nie szkodziłoby zjeść w niej śniadanie, i z obojętną, znudzoną miną światowca pchnął masywne lustrzane drzwi.

Owiał go przyjemny chłodek nakrochmalonych obrusów, powietrze obryzgane rozpylaczem fontanny, mdławy międzynarodowy zapach komfortu. Nad małymi ołtarzykami stolików pochyleni w nabożnym skupieniu ludzie przyjmowali hostie cielęcych i baranich kotletów pod modlitewny podźwięk talerzy namaszczonych ministrantów-piccolo.

Z roztargnioną miną starego bywalca, który nie lubi siadać zbytnio na widoku i woli własne dyskretne kąciki, rotmistrz Sołomin wyszukał sobie w rogu, za kolumną zaciszny stolik, skąd jak z loży roztaczał się widok na całą salę i, rozsiadłszy się wygodnie, jął studiować kartę dań.

Zjawienie się gościa w egzotycznym uniformie nie przeszło niepostrzeżenie i rotmistrz Sołomin, czując się punktem przecięcia wielu spojrzeń, z zabójczą nonszalancją i flegmą, po której łatwo odróżnić nowicjuszów od prawdziwych bywalców, przywołał skinieniem kelnera i zaczął zamawiać długie, skomplikowane śniadanie, drobiazgowo, z miną znawcy, wypytując się o gatunki win. Wybrawszy wreszcie szereg potraw o nazwach najbardziej wyszukanych i uroczystych, w leniwej, malowniczej pozie osunął się na oparcie kanapki, apatycznym wzrokiem błądząc po sali.

Sala o tej porze była prawie pusta i rozrzuceni tu i ówdzie, przy kilku zaledwie stolikach panowie od dawna przestali już zajmować się egzotycznym gościem, pochłonięci całkowicie jedzeniem i rozmową.

Przy sąsiednim stoliku, zasłonięci kolumną, trzej wygoleni panowie, popijający czarną kawę, prowadzili półgłosem ożywioną rozmowę. Oddzielony od nich jedynie filarem, rotmistrz Sołomin, mimowolny świadek ich rozmowy, mógł ich niepostrzeżenie obserwować.