— Dranie! Gwiżdżą na nasze pogróżki! Chcą nas wymorzyć głodem! — mruczał przez zaciśnięte zęby.
Wiedział dobrze: imperialiści. Jakież tu mogą być z nimi układy? Nie wzruszą się losem zdychającego proletariatu. Ale liczył, że ulękną się zarazy. Nie zechcą ryzykować. Nie, nie zlękli się. Mocno widać pewni są swojego kordonu. Wytłuką jak psów. Nie podpuszczą na kilometr.
I głucha, bezsilna złość bulgotała w sercu towarzysza Lavala.
Nienawidził tej zgrai każdym włóknem, na samo jej wspomnienie krtań ściskał mu bolesny skurcz. Zatratowali już raz ciężkimi buciskami żołdactwa Komunę Paryską. Teraz czekają spokojnie, aż powyzdychają wszyscy z głodu i zarazy, wtedy będzie można zająć na nowo wydezynfekowany Paryż, zalać go policją, zatopić demokracją, otwarłszy szluzy czczej parlamentarnej gadaniny, obstawić pułapkami kryminałów, zgnieść w żelaznych klubach; i znowu popłyną do fabryk spędzeni z roli, czarni, zahukani ludzie, potem spracowanych rąk wykuwać dla nich spokój, zbytek i nieróbstwo. Znów potoczy się wszystko po dawnemu, i pies nie będzie nawet wiedział, że była już przed paru miesiącami w Paryżu komuna, rząd robotniczo-żołnierski, rady delegatów, surowa robotnicza epopeja.
Na myśl o tym towarzysz Laval zaciskał tylko silniej zęby, aż rozlegał się ostrzegawczy trzask szczęk. Ciężkim butem, cięższym od jarzma zarazy, przygniatała go bezsilność.
Towarzysz Jacques Laval, kapitan czerwonej gwardii republiki radzieckiej Belleville, w epoce przedrewolucyjnej, to jest przed czterema tygodniami, był marynarzem na krążowniku „Zwycięstwo”. W partii — od ośmiu lat, to znaczy od chwili, gdy go, jako dwudziestoletniego rumianego parobczaka z tartaku Combé, komisja poborowa przydzieliła do marynarki, gdy, strącony do czarnego pływającego lochu, wgartywać zaczął łopatą w ziejącą paszczę pieca ciężkie grudy węgla, zgrubiałymi palcami badając pierwsze oparzeliny na nagim, muskularnym torsie. Cała dwudziestoletnia wiedza wywróciła koziołka i mocno osadzony, uporządkowany świat zakołysał się w jego głowie, jak pokład pod nogami w czasie wściekłej chwiejby.
Z pomostu partii wszystko nagle stało się przejrzyste jak szkło i, obejrzawszy się za siebie, towarzysz Laval od razu zrozumiał niejedno. Stary Combé własnym samochodem zajeżdża raz na tydzień do tartaku sprawdzić, czy wszystko w porządku? A starego Frosta, co stracił wzrok, wymierzając milimetry, majster przez policję wywala na zbity łeb: „niezdatny”. Na krążowniku armaty, wieże pancerne — militaryzm. Wylizany oficerek i stary Combé to jedno, tylko twarze różne, ale tułów ten sam — biała międzynarodówka. I nastawiając działo pod kątem 25°, szeregowiec Laval marzył: spędzić by to wszystko bractwo z całego świata, z samochodami, w szlifach, w sutannach w jedno przestronne miejsce i — bęc! I twarz towarzysza Lavala rozkwitała wtedy szerokim uśmiechem.
Do Paryża towarzysz Laval przyjechał na urlop i w Paryżu uwięziła go dżuma. Kiedy pod wpływem zarazy w mieście wybuchły pierwsze zamieszki i grunt zachybotał się, trzaskając wzdłuż ściegów odrębnych pokładów klasowych, towarzysz Laval poczuł: umierać po staremu, jak psy — nie sposób. Dopóki imperialiści — za kordonem i dostępu do Paryża broni mór, trzeba zburzyć na razie starą ruderę, położyć fundamenty pod wolną republikę rad.
I zsunąwszy na tył głowy beret, towarzysz Laval pewnym, elastycznym krokiem ruszył pierwszy do koszar, skąd po godzinie wyszedł już na czele niebieskiego pułku z wytrzaśniętym na poczekaniu, nie wiedzieć skąd, czerwonym sztandarem.
Następnie przyszły dni pracy organizacyjnej. Przeszkadzała dżuma. Wyrywała spod boku najlepszych towarzyszy. Gdyby nie to, towarzysz Laval, pochłonięty zagadnieniem organizacji rad robotniczych na terenie południowych peryferii Paryża, byłby jej prawdopodobnie nie zauważył. Oczywiście — higiena i środki ostrożności. Reszta to już rzecz lekarzy. Do pewnego stopnia była nawet pożyteczna. Oczyszczała centrum i dzielnice zachodnie z elementów burżuazyjnych. Należało tymczasem postawić na nogi peryferie, aby w chwili ustania epidemii cały burżuazyjny Paryż ocknął się, jak w obręczy, w cęgach blokady proletariackiej. Opanowanie wycieńczonego zarazą miasta byłoby już wtedy drobnostką.