Towarzysz Lecoq ze zdziwienia omal nie zgubił binokli.
— Jakże to, towarzyszu? Przecież taka była uchwała rady delegatów. Mówiliście już o tym na posiedzeniu. Wniosek wasz przeszedł. Nie dał żadnych rezultatów. Wypadło uchwalić inny. A teraz, skoro już zapadła taka uchwała, wracać do tego za późno. I pora niezupełnie stosowna. Gdyby tak każdy z nas zaczął krytykować i odwoływać uchwały rady, cóż by z tego wyszło? Sami zresztą wiecie dobrze, czemu taką właśnie uchwałę powzięto, i nie protestowaliście wtedy. Rozumieliście, że innego wyjścia nie ma.
— Jest wyjście — powiedział pochmurnie towarzysz Laval. — Wtedy nie widziałem, a teraz widzę. Dlatego też przyszedłem do was po nocy, towarzyszu dowodzący.
— Jakież wyjście znaleźliście nagle? Widzicie, nie zlękli się waszej depeszy. Nie dostawili na termin ani jednego wagonu żywności. Na cóż jeszcze będziemy czekać? Któż nam jej dostarczy?
— Z tym właśnie przyszedłem, towarzyszu dowodzący. Ja jej dostarczę — rąbnął z przekonaniem Laval.
— Wy?
Towarzysz Lecoq aż nachylił się ze zdziwienia.
— Jak to wy? Skądże jej weźmiecie?
— Skąd wezmę, to już moja rzecz. Wiadomo, że zza kordonu wezmę.
Towarzysz Lecoq zakasłał w zniecierpliwieniu.