Płomień pożera dzielnice chińskie i staje, jak zaczarowany, przed ażurową kratą koncesji. Zza kraty biała, nalana twarz dziobatego majstra w obleśnym grymasie wywaliła język nad dymiącym ryjem karabinu maszynowego.

— Za mną! — krzyczy P’an Tsiang-kuei do prącego za nim tłumu, przecinając gigantycznymi susami dzielący go od kraty placyk.

Nagle ogląda się. Placyk jest pusty, nie ma za nim nikogo. Dziobata twarz za kratą wyszczerza się w grymasie przedrzeźniającego rechotu nad białawą żmijką dymu, wypełzającą z lufy kulomiotu. Straszliwy ból w brzuchu zdaje się rwać naprężone struny wnętrzności.

— Dostałem w brzuch! — szepce P’an Tsiang-kuei, na próżno usiłując poderwać się do biegu.

Ból skręca się we wnętrznościach jak robak. Dym opadł. Na suficie jasno świeci żyrandol. Zielone sukno stołu. Telefon. W wielkiej, rzęsiście oświetlonej sali po kątach wije się czyjś jęk.

— Kto może tu jęczeć?

P’an Tsiang-kuei przysiada na tapczanie. Spostrzega, że to jęczy on sam. Szarpiący ból w brzuchu szamoce się jak ranny ptak.

— Aha, więc koniec?

P’an Tsiang-kuei dwukrotnie głośno powtórzył to słowo, nie mogąc doszukać się w nim żadnego znaczenia. Machinalnie, sycząc z bólu, zaczął się ubierać. Ubierał się długo, z przestankami dla złapania tchu po szczególnie ostrych paroksyzmach. Ubranie było jeszcze wilgotne. P’an Tsiang-kuei nagle zatrzymał się w pół ruchu. Ostra myśl, jak drucik, przewinęła się wstecz, nawlekając rozsypane koraliki faktów. Plamy od sublimatu. Stłuczona probówka. Mały asystent-Japończyk. Dwie drwiące iskierki. Na ręce — nieznany dotyk suchych, drgających warg...

P’an Tsiang-kuei zapiął marynarkę. Automatycznie wciągnął na ręce szare rękawiczki i owinął dokoła szyi szal (sposób, by jak najmniejsza powierzchnia skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią zadżumionego powietrza).