Skończywszy swą tualetę, P’an Tsiang-kuei z wysiłkiem dowlókł się do stołu i odszukał papier i pióro. Ból, pełznąc wzdłuż przełyku, napełnił już całe usta i rozdygotane zęby dzwoniły bezradnie na alarm. Aby pisać równo, lewą ręką musiał przytrzymywać sobie szczękę. Napisał dwa listy, włożył je starannie do koperty i zaadresował.
Dopiero ukończywszy ten proceder, wyjął z szuflady stołu wielki nagan, towarzysza czerwonych dni Nankinu, i zasiadł się w fotelu. Na stole zadzwonił telefon.
P’an Tsiang-kuei odłożył rewolwer i ujął słuchawkę. W pierwszej chwili po wystraszonym głosie w słuchawce nie mógł poznać, kto mówi. Mówił asystent zarządzający pracownią profesora.
— Dziś w nocy — niespodziewanie — nie było objawów — profesor — umarł. — Z wieczora — nie kładł się spać. — Asystenci nocnej zmiany — znaleźli...
P’an Tsiang-kuei powiesił słuchawkę. Na blade zagryzione wargi wyspinał się z trudem wątły uśmiech. P’an Tsiang-kuei włożył z prowrotem do szuflady czarny nagan i wyjął z innej szuflady mały polerowany sześciostrzałowy rewolwer. Nie przestając się uśmiechać, wsunął sobie lufę do ust. Potrącone jak kamerton zęby zadzwoniły o chłodną stal. Osadzona mocno między zębami muszka natrafiła w ustach na wyżłobione dla niej miejsce.
W pustej, rzęsiście oświetlonej sali Instytutu, od zdziwionych, uroczystych ścian, głuchym, nieswoim echem odbił się łoskot wystrzału.
*
Chowano P’an Tsiang-kueja z wojskowymi honorami, bez muzyki, w żołnierskim łomocie bębnów. Trzydziestu trzech doboszy w osamotnionym, złowieszczym solo, jak rozlegające się raptem alarmowe larum bębnów wśród grobowego milczenia zamarłej orkiestry cyrkowej w chwili śmiertelnego skoku, werblem migających pałeczek fastrygowało przed nim długi żałobny chodnik. Na mocy nadzwyczajnego dekretu rządu narodowego ciało jego wyjęte zostało spod przymusu spalenia i złożone tymczasowo w Panteonie.
W pośrodku głównej nawy, w rzeźbionej drewnianej skrzyni okrytej czerwonym sztandarem pozostawiono go samego za zatrzaśniętą żelazną bramą. Białe oczy bez źrenic marmurowych postaci, jak rozszerzone zdumieniem, wpatrywały się w dziwnego intruza.
W prostej drewnianej trumnie, na prostej parcianej poduszce leżał P’an Tsiang-kuei wyprostowany i nieruchomy, w szarych rękawiczkach i w szczelnie omotanym dokoła szyi szalu, jakby pragnął, by jak najmniejsza powierzchnia jego zadżumionej skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią przezroczystego, życiodajnego powietrza.