VII
Dziwnym zbiegiem okoliczności nie w samej tylko republice chińskiej ranek ten zaznaczył się niezwykłym ożywieniem. O dwie dzielnice na zachód, po tamtej stronie Sekwany, rosyjska monarchia Passy gotowała się tego dnia do przyjęcia wydanych jej nareszcie przez rząd francuski bolszewików. Na placu Trocadero zbijano naprędce z desek improwizowaną trybunę. Stosownie do uchwały rządu tymczasowego, sąd nad wydanymi bolszewikami miał się odbyć publicznie, pod gołym niebem. W roli oskarżyciela wystąpić miała cała emigracja rosyjska. Rozstawiano na łap-cap stoły i ławki.
Około godziny ósmej z rana na drodze prowadzącej do Mostu Jena gromadzić się już zaczęły podekscytowane, niecierpliwe tłumy. Przeważały kobiety. Zapomniawszy tego dnia nawet o rannej kąpieli, pulchne, ubrylantowane damulki, nieprzyzwyczajone do oglądania światła dziennego przed godziną pierwszą po południu, w gorączkowym pośpiechu wyległy na ulice o trzy godziny wcześniej przed wyznaczoną porą. Przykrywając pudrem wypieki, damy skracały sobie dłużący im się czas pogawędką.
Tematy były przeważnie jedne i te same: ilu też przywiozą i jakich — starych czy młodych? Dziesiątki nazwisk krążyły z ust do ust. Zaopatrywano je w locie w obfite komentarze, dotyczące fantastycznej krwiożerczości i bestialstw tego lub owego z bolszewików. O pierwszym sekretarzu poselstwa czterdziesta z kolei dama opowiadała, że wymordował własnoręcznie trzy tysiące rodzin. Badał we własnym mieszkaniu, przy stole zastawionym najwyszukańszymi daniami i opornym więźniom wydłubywał oczy wykałaczką.
Rosły, brodaty pop po raz setny prawił zawsze chętnym słuchaczom o świętokradczym zbezczeszczeniu cerkwi św. Mikrofana: święte szczątki męczennika wyrzucili do dołu kloacznego, a w cerkwi założyli szpital — siostrzyczki-bolszewiczki porubstwem święte miejsce plugawią.
Wszystkie zarekwirowane meble, skonfiskowane kosztowności, krzywdy niewybaczalne i zastarzałe, szczerzyły spróchniałe zęby, wywleczone na nowo na światło dzienne z dna emigranckich kufrów, spod wieloletnich warstw naftaliny, nieprzedawnione, wiecznie aktualne, łaknące zemsty, ciepłej, bulgocącej krwi; i tłum, jak kot przed pułapką, z której za chwilę wypuszczą mu mysz, oblizywał się w łapczywym oczekiwaniu.
Minęła jedenasta, a od strony francuskiej ciągle jeszcze nie było widać żadnego wozu. Tłum, zmęczony przewlekłą oskomą, zaczynał się niecierpliwić.
O godzinie trzy na dwunastą po tamtej stronie mostu ukazało się wreszcie wielkie ciężarowe auto, poprzedzone przez dwa motocykle. Auto powoli wjechało na most i zatrzymało się w pośrodku. Z motocykli zeskoczyli dwaj francuscy oficerowie i podeszli do oczekujących oficerów rosyjskich. Wywiązała się ożywiona rozmowa. Tłum zafalował niespokojnie. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę ciężarowego samochodu na moście. Ludzi na nim nie można było z daleka rozróżnić.
Rozmowa na moście przeciągała się. Oficerowie żywo gestykulowali, rozkładając ręce. Wreszcie Francuzi zasalutowali i dosiedli z powrotem motocykli. Ciężarowe auto z wolna potoczyło się po moście na stronę rosyjską. Tłum przyczaił się w oczekiwaniu.
Kiedy samochód minął most i wjechał na nadbrzeże, ze wszystkich ust wyrwał się głuchy ryk bezsilnej wściekłości. Na przedzie samochodu powiewała chorągiewka czerwonego krzyża.