— Sierioża!

Chory obserwował go w niemym zdumieniu.

— Zaraz, to niemożliwe... — mruczał rotmistrz. — To niemożliwe. Ja jestem Borys Aleksandrowicz Sołomin, syn pułkownika Aleksandra Wasiliewicza Sołomina.

Dwaj obcy ludzie patrzyli na siebie długą chwilę w osłupieniu.

— Brat... — powiedział bezdźwięcznie chory, opierając się z wysiłkiem o ramę.

Zapadło długie milczenie.

— Myślałem, że dawno zginąłeś — powiedział wreszcie chory. — Mama mówiła mi, że uciekłeś z białymi. Tyle lat nie było o tobie słychu. Nie przychodziło mi nigdy na myśl, że możesz być w Paryżu... Oficer tej białej, operetkowej armii...

Umilkł, osuwając się wyczerpany.

Rotmistrz Sołomin nieporęczną, zgrubiałą dłonią ścierał machinalnie z twarzy pot jak resztki parującego chmielu.

— Nie poznałem cię... — powiedział po długiej chwili. — Jakże zresztą miałem cię poznać. Kiedy wyjeżdżałem z Moskwy, miałeś chyba z trzynaście lat. Jakoś i teraz dziko pomyśleć... Nie przychodziło mi do głowy, że żyjesz, że już jesteś dorosły, żeś się zaprzedał bolszewikom. A mama czy żyje? Nie zamordowali jej?