— Jak to, szubrawcze, nazywasz się Sołomin? Ja się nazywam Sołomin.
Chory zmarszczył brwi i przypatrywał się rotmistrzowi uważnie.
— Ty się nazywasz Sołomin?
Brwi, jak spłoszone ptaki, wzleciały w górę.
— Jak ci na imię?
Rotmistrz zgrabiałą ręką, na odlew, wymierzył mu tęgi policzek.
— Jak śmiesz, sk... synu, mnie zadawać pytania? Kto z nas jest podsądny: ty czy ja?
Chory przesłonił twarz ręką.
— Pijany jesteś jak bela i zapomniałeś widać własnego nazwiska. Nazywam się Sergiusz Aleksandrowicz Sołomin. Jestem drugim sekretarzem poselstwa ZSRR w Paryżu. Chciałeś wiedzieć, z kim masz przyjemność — proszę. A teraz strzelaj. Więcej nie powiem ani słowa.
Ale rotmistrz Sołomin nie podniósł rewolweru. Wyłażącymi na wierzch oczyma wpatrywał się w chorego. Cały chmiel opadł z niego nagle jak łupina i otrzeźwiały siedział z otwartymi ustami, nie mogąc wykrztusić z nich słowa. Z głębi gardła wydrapało się na wierzch i upadło z brzękiem imię: