— Zastanowiłem się przez noc nad propozycją panów i doszedłem do wniosku, że wczoraj rozumowałem niesłusznie. Istotnie, dlaczego zakładać z góry, że ktoś musi się koniecznie zarazić? Miejmy nadzieję, że, przy skrupulatnej rewizji lekarskiej i kwarantannie, dżumę pozostawimy w Paryżu. Dziś jeszcze wyślę do mego sekretarza do Nowego Jorku odpowiednią szyfrowaną depeszę. Sądzę, że nie należy sprawy odkładać i że byłoby najlepiej, gdybyśmy mogli wyruszyć jeszcze tego wieczora.

Rabi Eleazar i pan w okularach w milczeniu skłonili głowy.

*

Zimny wschodni wiatr palcami wprawnego fryzjera ondulował niesforną czuprynę nocnego morza.

Okręt „Maurytania” szedł pełną parą, ze zgaszonymi ogniami. Ostatnie zarysy brzegów rozpłynęły się dawno we mgle. Tłum pasażerów, który przez pierwsze godziny po odjeździe zalegał pokłady, z wolna rozpełzł się już po szufladach klas. W olbrzymim kadłubie okrętu, jak dwa przyczepione do jego żeber świetliki, błyszczały dwa okienka w rzędzie kajut pierwszej klasy.

Na kanapie jednej z kajut, zwinięty w kłębek śpi stary szames i wargi jego przez sen powtarzają wyrazy niedokończonej modlitwy.

Przy stoliku, w starym pasiastym tałesie, jak siwobrody Neptun w pasiastym płaszczu kąpielowym, siedzi rabi Eleazar ben Cwi. Miarowo, w takt kołysania okrętu, kiwa się chudy tułów rebego Eleazara, a wargi jego szepcą modlitwę dziękczynną:

— Jam jest Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli...

Pomału kleją się bezsenne oczy rebego Eleazara i z wolna, w takt modlitwy, w stronę Mizrach, kołysze się olbrzymi, brzuchaty kadłub okrętu.

W narożnej, zachodniej kajucie, wyciągnięty na łóżku, z papierosem w ustach, leży mister Dawid Lingslay, wpatrzony w drgający na suficie cień lampy; przewraca się z boku na bok, zapala od niedopałka już dziesiątego papierosa. Jak hamak kołysze się pokój, wabiąc sen, a sen ucieka jak kulka po spadzistej podłodze kajuty. Każde chybnięcie podłogi to mila dalej od Europy, od Paryża, od dżumy, od śmierci — to mila w głąb w puszystą, kwietną łąkę życia.