Na blacie szafki nocnej cyka niewzruszony, ironiczny zegarek: sześć godzin od chwili odjazdu z Europy.
*
Na drugi dzień, pod wieczór, rozpalone żelazko słońca rozprasowało bez śladu zmięte fałdy fal. Okręt szerokim łukiem skręcał na zachód, jak czarodziejska igła na obracającej się gigantycznej płycie gramofonowej oceanu.
Na wszystkich pokładach czarno było od pasażerów.
Z górnego pomostu paruset dżentelmenów w kraciastych kepi, otulonych w pledy, plamiło niepokalany błękit tła kłębami cygarowego dymu. Dżentelmeni co bardziej rześcy skracali sobie czas już to golfem, już to tenisem, już to zwyczajnie brydżem. Bezcieleśni stewarci z tacami w ręku balansowali pobożnie między szezlongami, jak linoskoczki — na przeciągniętych nad przepaścią, niewidzialnych drutach, obawiając się uronić nie tylko kroplę drogocennego płynu, ale nawet najmniejsze słówko lub mimowolne westchnienie.
Na pokładzie pierwszej klasy opaśli, podkarmieni panowie, przebierając w palcach paciorki breloków, delektowali się morzem, rozparci na wygodnych leżakach. Miękkostopi, gutaperkowi stewarci roznosili napoje chłodzące. Kilku pomysłowych młodzieńców z dwóch przypadkowych trąb, bębna i naczyń kuchennych skleciło improwizowany jazzband i pod miauczące dźwięki modnej muzyki młodzież tańczyła do upadłego.
Na pokładzie trzeciej klasy, pasażerowie ubożsi, usadowieni na pękatych walizach, chwytali padające z góry okruchy dźwięków, otwierając ze zdziwienia usta, jak ryby na przyjęcie rzucanej im bułki.
Naraz w grupie tańczących powstało nieopisane zamieszanie. Pokład opustoszał, jak zmieciony raptownym podmuchem. Wystraszeni tancerze pierzchnęli szerokim kołem. W pośrodku koła, na ziemi, wił się młody człowiek w binoklach. Widocznie upadając stłukł jedno szkiełko i wytrzeszczone, krótkowzroczne oko, pozbawione osłony, wpatrywało się teraz z przerażeniem w uciekających. Młody człowiek, jak wyrzucona na piasek ryba, pluskał niezdarnie przydługimi płetwami rąk.
Nie wiadomo skąd, zza rogu, wyłonili się nagle dwaj ludzie w białych fartuchach, z noszami i, rzuciwszy na nie trzepocącego się jak karp młodzieńca, znikli za węgłem. Drugie szkiełko od binokli spadło i potoczyło się po pokładzie.
W jednej chwili cały pokład zawirował w zamęcie. Zażywni panowie, popychając się i gubiąc breloki, parli ku schodom, prowadzącym do kajut. Przez chwilę słychać było tylko zgiełk głosów i łoskot zatrzaskiwanych drzwi. Po pięciu minutach na pokładzie nie było już żywej duszy.