Wtedy z jednego z foteli niewidocznych w cieniu komina wstał szpakowaty pan w kraciastym sportowym ubraniu. Powolnym, roztargnionym krokiem przemierzył pokład i oparł się o poręcz.

Szpakowaty pan zapalił papierosa.

W dole, u burt, pluskały fale.

*

Nazajutrz rano powiał wiatr i chłostane nim morze zakołysało się trwożnie.

Na pokładzie pierwszej klasy było pusto i, jak lokaje po balu, snuli się po nim elastyczni, bezsenni stewarci.

Około godziny dziesiątej na pokładzie ukazał się szpakowaty pan w kraciastym sportowym ubraniu.

Szedł niepewnie, zataczając się nie w takt chwiejby okrętu. Uszedłszy parę kroków, natrafił na wygodny fotel u burty i opuścił się na niego ciężko. Wyjął z kieszeni lusterko w kosztownej skórzanej oprawie i uważnie zbadał swój język.

Bez określonego wyrazu na twarzy schował z powrotem lusterko i ostrożnie rozejrzał się po pokładzie. Pokład był pusty. Upewniwszy się, że nikt go nie widzi, pan w sportowym ubraniu wykonał rękoma parę dziwnych ruchów, przypominających szwedzką gimnastykę. Następnie, nie przestając się oglądać, ukradkiem pomacał się pod pachami, jak człowiek w uwierającym go, za ciasnym ubraniu.

Na pokładzie zjawił się stewart. Szpakowaty pan szybko wyjął z kieszeni książkę i pogrążył się w czytaniu. Z kąta jego roztaczał się widok na pokład trzeciej klasy, gdzie przycupnięci na swoich walizkach, stłoczeni pasażerowie rozwijali prowianty i skwapliwie zabierali się do śniadania.