Mister Dawid Lingslay spojrzał na zegarek:
— Za niecałe trzy godziny będziemy na linii krążowników patrolujących wybrzeże. Pan będzie łaskaw dopilnować, aby zastosowano się ściśle do moich instrukcji. Czy nie zapomniał pan o podniesieniu egipskiej bandery?
— Wszystko zrobione według pańskich wskazówek.
— Nie jest wykluczone, że, o ile na pokładzie któregoś z krążowników znajduje się przypadkowo jeden z niewtajemniczonych admirałów, będą one zmuszone nas ostrzeliwać. Oczywiście ślepymi nabojami. Niech pan będzie łaskaw uprzedzić o tym pasażerów dla uniknięcia niepotrzebnej paniki. Żeby mi nikt nie ważył się w zamieszaniu spuszczać na wodę łodzi ratunkowych! Dowódcy odcinka, powiadomieni o wszystkim, oddadzą do nas najwyżej dla pozoru kilka ślepych wystrzałów. Jechać będziemy ze zgaszonymi ogniami. W ciągu pięciu minut będziemy po tamtej stronie linii.
— Czy nie zachodzi możliwość jakiejś komplikacji? — zagadnął niespokojnie pan w okularach.
— Wykluczone. Pokazywałem panu depeszę. Wszystko przygotowane do najdrobniejszych szczegółów. Obecność moja na pokładzie jest, sądzę, najlepszą tego gwarancją. Nie przypuszcza pan chyba, abym narażał się na niepewne.
— Naturalnie. Pytam się tylko tak, dla pewności. Wysłał pan jeszcze jedną depeszę?
— Tak jest. Za chwilę powinniśmy mieć odpowiedź.
Na pokładzie ukazał się chłopiec:
— Depesza dla mistera Dawida Lingslay’a.