Mister Dawid przebiegł wzrokiem blankiet.

— Sekretarz depeszuje, że wszystko przygotowane — powiedział, mnąc kartkę w palcach. — Niech pan łaskawie uprzedzi pasażerów, jak to wskazywałem, i wyda ostatnie zarządzenia. W chwili przyjazdu spotkamy się na pokładzie.

Mister Dawid Lingslay wspiął się po schodach na pokład.

Zapadał szybko zmierzch. W półmroku mister Dawid natknął się na dwie białe postacie wynoszące na noszach jakiś ładunek. Skwapliwie ustąpił z drogi i przywarł do komina. W ciemności prztyknęła zapalniczka. Przytknąwszy do niej blankiet otrzymanej depeszy, mister Dawid zapalił nim papierosa. Wątły płomyk oświetlił na chwilę twarz bladą, surową, prawie kamienną. Ogień zgasł. Twarz rozpłynęła się w mroku.

*

O godzinie dwunastej, na horyzoncie ukazały się światła pierwszych krążowników. Na pokładzie zapanowało silne ożywienie. W ciemności, tu i tam, zamiotały się postacie ludzkie, zabrzmiały krótkie odgłosy komendy. „Maurytania” ze zgaszonymi ogniami szła pełną parą.

Ognie na horyzoncie zbliżały się z każdą chwilą. W mroku można już było rozróżnić gołym okiem czarne kontury pływających gmachów. Z wieży jednego z nich, jak z rozpylacza, trysnął reflektor. Reflektor nerwowo pomacał morze i zatrzymał się na kadłubie „Maurytanii”, oślepiając snopem światła tłum znajdujący się na pokładzie.

Równocześnie drugi reflektor oświetlił pokład od strony północnej. W głuchej ciszy żałośnie, przeciągle zaskowytała syrena i skowyt jej, jedna z drugą, podchwytywały kolejno coraz dalsze. Naprężenie na pokładzie dosięgło szczytu.

Od jednego z krążowników z świstem oderwał się słup ognia i łukiem pocisku przeszybował nad „Maurytanią”.

— Strzelają ślepemi nabojami — szepnął konfidencjalnie jegomość w okularach do otaczającej go grupy korpulentnych panów.