— Stop!
Śruby zawirowały na miejscu. Statek stanął jak wryty.
Teraz, w zestawieniu z murem światła, mrok wydawał się jeszcze czarniejszy i gęstszy. W oddali, na prawo i na lewo, ciągnął się oświetlony reflektorami pas strefy demarkacyjnej, jak rozżarzona do białości sztaba żelaza.
Towarzysz Laval cały zamienił się w słuch. Upłynęła długa, nieskończona minuta. Wśród niezmąconej ciszy, skądś, z miasta, doleciały pierwsze uderzenia bijących północ zegarów. W tej samej niemal chwili, z tyłu, od strony miasta, rozległ się pierwszy huk, po sekundzie — łoskot padającego pocisku — i znowu cisza.
— Pudło! — syknął przez zęby Laval.
Raz po raz zagrzmiały dwa nowe wystrzały. Po chwili — trzeci, czwarty, piąty. Działa waliły jedno za drugim.
Naraz, prawie równocześnie z grzmotem pękającego pocisku, runęła przegradzająca rzekę ściana światła i w wyłom, jak w lej, z świstem wtargnął mrok. Armaty huczały bez przerwy.
— Jazda! — ryknął w tubę towarzysz Laval.
Statek drgnął, szarpnął się naprzód i wleciał całym pędem w czarny tunel mroku. Gdzieś w oddali trysnął reflektor, drżącą, rozczapierzoną ręką ślepca obmacując obojętne niebo.
Wtedy na niebie, w aureoli światła, ukazał się czarny rozkołysany balon. Równocześnie prawie wystrzeliła ku niemu ogoniasta raca pocisku.