— Tak. Wszystko, jak z nut — mruknął, zacierając ręce towarzysz Laval. — Teraz pobawią się ździebko balonikiem, póki nie przejedziemy. No, jeszcze go raz!
W kierunku kołyszącego się balonu raz po raz wybiegały w niebo taneczne rakiety pocisków. Pogrążony w mroku Paryż odpowiadał kanonadą.
Statek, jak zdyszany szybkobiegacz, wielkimi haustami połykał przestrzeń. Wyszczerbiona ściana światła została już gdzieś w tyle. Teraz, z prawej i z lewej strony, brzeg mienił się i migotał tysiącem świateł, huczał głuchym podmuchem alarmu.
Nagle, pod pocałunkiem jednej z rac, czarny niedołężny balon prysł czerwoną bańką płomieni i, jak olbrzymi gorejący motyl, zaczął spadać w dół.
— Za wcześnie trochę, do licha! — mruknął, obserwując go spod oka Laval. — Gotowi teraz zwrócić uwagę i na nas...
Armaty biły ciągle, choć już słabiej i rzadziej.
Rzeka w tym miejscu zwężała się widocznie i padające na nią z brzegów światła wycinały w fantastyczne ząbki jej jednolity czarny galon. Kanonada z wolna zaczynała ucichać. Jeszcze jeden, jeszcze dwa ostatnie wystrzały, jak spóźnione oklaski — i gruba kurtyna ciszy zapadła bezpowrotnie.
Towarzysz Laval wstrzymał dech w piersiach i całym ciałem w napięciu oczekiwania naległ na burtę, jakby pragnął osłonić przykrótkimi skrzydłami rąk, jak kura — niesforne pisklę, hałaśliwy, zziajany holownik.
Stopniowo światła na brzegu poczęły rzednąć, wyskakując jeszcze pojedynczo, to tu, to tam, i spłoszone uciekały w tył, jak błędne ogniki. Jeszcze trzy, cztery ostatnie semafory i statek wjechał w czarną wyrwę nocy.
Długi czas jechali w zupełnych ciemnościach, ciężkimi ciosami śruby odmierzając przestrzeń. Wreszcie towarzysz Laval zapalił papierosa i zaciągnął się nim łapczywie. Przy migotliwym świetle zapałki spojrzał na zegarek: pięć minut po pierwszej.