— Na brzeg zeskakiwać ani się ważcie! Kto zeskoczy na brzeg — kula w łeb! — uprzedził surowo Laval. — Jeżeli nie jesteście baba, tylko marynarz — potraficie dostać się na słup po linie wprost z pokładu.
— Potrafić potrafię, ale czasu dużo zejdzie. Czasu szkoda. Świt nas przyłapie.
Towarzysz Laval odciął sucho:
— Dyskutować będziemy, towarzyszu, po powrocie. Jak wam szkoda czasu, to go nie traćcie po próżnicy. Rzucajcie linkę.
Towarzysz Monsignac w milczeniu zawiązał pętlę, zamierzył się, zarzucił i chybił.
— Mówiłem, że tak łatwo nie pójdzie... — mruknął pod nosem, zamierzając się do nowego rzutu.
Po piętnastu minutach linkę udało się wreszcie przymocować. Przysadkowaty marynarz przewiesił przez ramię wiązkę drutu, zatknął za pas obcęgi i nożyce i, zakasawszy rękawy, zwinnie jął piąć się po linie w stronę słupa.
Laval wyjął z pochwy rewolwer.
— Towarzyszu Monsignac, na wypadek, gdyby przyszło wam do głowy nie wrócić na pokład i zeskoczyć na ziemię, pamiętajcie, że, nim jej dotkniecie, pierwsza kula z tego rewolweru roztrzaska wam łeb.
Zajęty wspinaniem się marynarz nie odpowiedział. Po chwili siedział już okrakiem na wierzchołku słupa. Dwa przecięte rzędy drutów, jak pęknięte struny, z brzękiem zsunęły się na ziemię. Przez długą chwilę marynarz majstrował jeszcze na wierzchołku.