— Zrobione? — zapytał z pokładu Laval.
— Zrobione! — odkrzyknął marynarz.
— No, to jazda z powrotem!
Marynarz przez chwilę zdawał się mierzyć odległość dzielącą go od ziemi, potem — odległość od statku, czarny wymierzony w niego mauzer towarzysza Lavala i w milczeniu, posłusznie zaczął spuszczać się po linie na pokład. Stojąc już nogą na pokładzie, splunął przez zęby i burknął:
— Schowajcie swój mauzer — towarzyszu komendancie. — Odstrzelilibyście lepiej linkę. Celny z was podobno strzelec.
Towarzysz Laval bez słowa zmierzył się i strzelił. Linka upadła w wodę. Wciągnięto ją na pokład. Marynarz mruknął coś pod nosem z uznaniem i zabrał się do rozwijania drutów, przymocowanych drugim końcem do słupa.
— Odbić na środek rzeki! — zakomenderował Laval.
Statek z wolna wypłynął na środek, ciągnąc za sobą dwie cienkie nitki drutów.
— Stać! Towarzyszu Monsignac, macie tu aparat telefoniczny, przymocujcie do niego końce drutów.
Marynarz zakrzątnął się koło aparatu. Nie szło mu jakoś, bo co chwila klął głośno i spluwał przez zęby. Po upływie dobrych dwudziestu minut aparat był gotów.