*
Powolna skazówka docierała już do trzeciej, gdy na zakręcie szosy ukazał się pierwszy wóz z garbem białych worków.
Towarzysz Laval otarł chustką pot z czoła i, rozweselony, wetknął zegarek do kieszeni.
Za pierwszą podwodą ukazała się druga, trzecia — długi tren, biała, śpiewnie skrzypiąca litania wozów. W jaskrawym świetle reflektorów umączeni, wylękli chłopi, uginający się pod ciężarem, podobni do skrzętnych mrówek, znosili białe, pękate bele do pływającego mrowiska galarów. Śnieżne góry na szkutach rosły z chwili na chwilę.
Towarzysz Laval trwożnie zerknął na zegarek. Minęła już godzina, a kończono ładować dopiero drugi galar. Gdzieś daleko czarny szew widnokręgu sczepiający ziemię z niebem rozłaził się w oczach jak znoszona, przetarta materia i poprzez rosnące pęknięcie prześwitywała szara podszewka brzasku. Towarzysz Laval z niepokojem odwracał się co chwila w tę stronę.
Gdy wreszcie trzeci galar był gotów, zegarek wskazywał pół do piątej. Smuga brzasku na wschodzie zarysowała się już szeroką szczeliną. Śnieżne wzgórki szkut, jakby przygrzane pierwszymi promieniami słońca, zazieleniły się nieśmiałą murawą brezentu. Nie należało tracić więcej ani chwili.
Przeskakując z burty na burtę, załoga pośpiesznie sczepiała linami galary, odepchnięte żerdziami na środek rzeki, i przymocowywała je do holownika. Cisnąca się na brzegu gromada przypatrywała się tej pracy w milczeniu.
Towarzysz Laval ujął jeszcze raz słuchawkę:
— Hallo! Kto mówi? Urzędnik pocztowy? Doskonale. Proszę powiedzieć merowi, żeby jutro, jak będzie naprawiał przecięte linie, spalił przedtem na wszelki wypadek węzłowy słup telegraficzny i postawił na tym miejscu nowy. Tak, to wszystko, co chciałem powiedzieć. Oddajcie mieszkańcom Tansorelu proletariackie pozdrowienie od rewolucyjnego Paryża.
Towarzysz Laval odstawił aparat.