— Wszyscy na pokład! Ustawić się w rząd! Jest piętnastu? Dobra. Na stanowiska! Odciąć druty! Zdjąć reflektory! Pogasić światła! Ruszamy!
Statek drgnął, zachybotał na miejscu i ciężko popłynął, roztrącając pyskiem fale jak olbrzymi wielbłąd z trzema garbami szkut.
— Jedziemy całą parą!
Towarzysz Laval przemierzył pokład. W ciemności natknął się na czyjąś postać wspartą na burcie.
— To wy, towarzyszu Monsignac? Jak myślicie, będziemy w Paryżu przed świtem?
— Nie widzi mi się, z takim ładunkiem... — odparł pochmurnie marynarz.
— Ale za to jedziemy teraz z prądem, to i lżej.
Marynarz bez słowa odwrócił się i wskazał ręką na rozpruwający się coraz dalej szew horyzontu.
— Dnieje — powiedział sucho. — Nim dojedziemy, rozwidni się do reszty.
Towarzysz Laval długo, z niepokojem wpatrywał się w rosnącą w oczach cielistą szparę.