Przez improwizowany szpaler czerwonogwardziści przenieśli towarzysza Lavala do narożnej apteki.

Zakotłowało.

*

W białym szpitalu, przejściem między łóżkami szło czterech ludzi w błękitnych płaszczach żołnierskich. Prowadzący ich sanitariusz zatrzymał się przy jednym z łóżek.

— To tu, towarzyszu dowodzący.

Towarzysz Lecoq pochylił się nad posłaniem.

Powieki rannego, na które padł cień, drgnęły, zatrzepotały jak płomyk, co za chwilę uleci, i wielkie, szkliste oczy rozwarły się, spoczęły na twarzy towarzysza Lecoqa. W zetknięciu ze znajomą twarzą szklane oczy zakwitły uśmiechem. Wargi poruszyły się bezwładnie, załopotały jak skrzydła i przepuściły nieporadne, przedzierające z wysiłkiem kokon ust słowo:

— To wy, towarzyszu dowodzący?... Widzicie? Przywiozłem... Jeden galar mi tylko zatopili, dranie... — wyrzęził siniejącymi już wargami.

Towarzysz Lecoq pochylił się nad nim bez słowa i złożył na tych wargach cichy braterski pocałunek.

Towarzysz Lecoq nie powiedział umierającemu ze szczęśliwym uśmiechem człowiekowi, że w czterystu przywiezionych workach, zamiast mąki znaleziono — piasek...