Na werandach bistros, w plecionych krzesłach, na chodnikach i jezdni, w pokracznych, niezrozumiałych pozach, tak, jak zastała je śmierć, leżały zaczynające już cuchnąć zwłoki ludzkie.
Ogarnięty zgrozą pochód posuwał się dalej w milczeniu.
Z rozplakatowanych po murach różnojęzycznych odezw i dekretów mijanych kolejno dzielnic-państewek przed oczyma zdumionego tłumu z wolna jęła się wyłaniać w całej swej groteskowej grozie historia ostatnich sześciu tygodni.
Pochód skręcił na Wielkie Bulwary, spotykając wszędzie ten sam obraz nieprzejrzanej trupiarni, wpatrzonej w gołe niebo szkliwem miliona oczu.
U wylotu bulwaru Hausmanna tłum rozdzielił się na dwie odnogi, z których jedna popłynęła w stronę więzienia Saint-Lazare. Zamknięte bramy więzienne spotkały demonstrantów głuchym milczeniem. Wyważono je z trudnością przy pomocy przyniesionych z dworca żelaznych szyn. Nikt z wewnątrz nie usiłował stawiać oporu. Jak się okazało, służba więzienna, w obawie przed zemstą, uciekła cztery dni temu na miasto, pozostawiając w celach trzy tysiące kobiet skazanych na śmierć głodową. Uwięzione kobiety od dziesięciu dni nie miały nic w ustach.
Przetrząsając dworzec Saint-Lazare, niespodziewanie odkryto w jego magazynach i remizach dobrze zaopatrzone składy żywności, nagromadzonej tam przez najbardziej zapobiegliwą z republik, koncesję anglo-amerykańską. Wyłoniony samorzutnie komitet aprowizacyjny zajął się doraźną akcją żywnościową.
Z placu Saint-Lazare spontaniczne patrole rozpełzły się po mieście na inspekcję pozostałych więzień. Przed wieczorem patrole, jeden po drugim, powróciły z niczym. Więzienia znaleziono otwarte, pełne gnijących zwłok zadżumionych. Na całym obszarze Paryża nie pozostało więcej ani jednej żyjącej istoty.
W międzyczasie zapadła noc i trzydziestodwutysięczny tłum, nie korzystając z mieszkań, pełnych cuchnących trupów, rozłożył się biwakiem na jezdniach, wysunąwszy w noc bezsenne macki szyldwachów.
II
Nazajutrz rano w wielkiej sali byłego ministerstwa wojny zebrał się naprędce ukonstytuowany na nowo KC partii.