Dzień był słoneczny i z wiosenna soczysty. Przy długim stole, zielonym jak murawa zmięta po niedawnej majówce, z rozrzuconymi tu i tam, jak skorupy od jaj, skrawkami notatek, siedziało trzynastu ludzi w szarych więziennych bluzach. Przez otwarte na oścież okna, wychodzące na plac Zgody, wtargało bezceremonialnie słońce i przytłumiony rozgwar mas mityngujących na placu przed gmachem. Atmosfera tej pseudo-wiosennej błogości, przetykana odległymi pogrzmotami zgiełku i gęstą, chluszczącą ulewą oklasków, zrywającą się raptem, by po chwili ustać, nawiewała kwietniowe reminiscencje.

Mówił sekretarz KC, towarzysz Courreau:

— Nie możemy być pewni, czy dżuma nie zdołała już rozszerzyć się poza obręb Paryża. Sądząc jednak z dotychczasowych danych, wszystko zdaje się wskazywać na to, że Paryż otaczają po dawnemu szczelne kordony wojsk, których zadaniem jest całkowite odizolowanie go od reszty Europy. Świadczyłoby to o tym, że dżumę udało się umiejscowić. Nie ulega wątpliwości, że z chwilą, gdy tylko rząd i otaczające nas wojska dowiedzą się, że epidemia w stolicy wygasła, następnego dnia wkroczą do Paryża i wtrącą na powrót do więzień uwolniony kosztem tylu cierpień proletariat. Do tego pod żadnym pozorem dopuścić nie możemy. Skoro, zbiegiem tragicznych okoliczności, Paryż znalazł się w naszych rękach, nie mamy prawa oddać go z powrotem w ręce kapitalistów i wyzyskiwaczy.

— W jakiż to sposób, jeżeli wolno zapytać, zamierzacie się w nim utrzymać? — przerwał, skubiąc nerwowo rzadką bródkę, towarzysz Majoie. — Z trzydziestotysięczną, wyczerpaną głodem masą robotniczą nie możemy chyba nawet marzyć o stawieniu czoła regularnej armii otaczającej Paryż ze wszystkich stron. Nie mamy prawa oddawać na rzeź tych wynędzniałych resztek proletariatu paryskiego.

— Pozwólcie mi skończyć, towarzyszu. Utrzymać Paryż w swoich rękach możemy w sposób bardzo prosty, nie uciekając się wcale do zbrojnego oporu, który przerasta nasze nikłe siły. Należy jedynie utrzymać za wszelką cenę świat i Francję możliwie jak najdłużej w przeświadczeniu, że dżuma w Paryżu sroży się po dawnemu i nie zamierza bynajmniej wygasać. Wystarczy najzupełniej obsadzić w tym celu naszymi ludźmi radiostację Eiffla i wysyłać stamtąd co rana na cztery strony świata biuletyny o nieustannych spustoszeniach, jakich nie przestaje, jakoby, dokonywać w zamkniętym Paryżu mór. Dopóki rząd i wojska przekonane będą o tym, że epidemia w stolicy szerzy się z dawną siłą, dopóty nie odważą się zbliżyć do miasta ani na krok.

— Zapominacie, zdaje się, towarzyszu, o tym, że ludność Paryża jest niestety liczebnie ograniczona i że jedni i ci sami ludzie nie umierają po dwa razy — uśmiechnął się towarzysz Majoie. — Prosty rachunek arytmetyczny każe im się domyślić, że w Paryżu od dawna nie powinno by było już zostać żywej duszy.

— Nie sądzę. Stopniując wiadomości umiejętnie i z umiarem, będziemy mogli w każdym razie utrzymać Europę w tym przeświadczeniu przez czas bardzo długi. Musimy kropla po kropli zaszczepić w kraju przekonanie, że przez długie jeszcze miesiące, a kto wie, może i lata, Paryż pozostanie jedynie niebezpiecznym ogniskiem zarazy, że wszystkie jego instalacje uległy zniszczeniu i przywrócenie go do poprzedniego stanu wymagałoby miliardowych wkładów i lat pracy. Zapewniam was, że nic nie działa tak przekonywająco, jak przyzwyczajenie. Ludzie, którzy w pierwszych dniach wojny światowej nie mogli wyobrazić sobie, aby wojna mogła potrwać dłużej nad cztery tygodnie, pod koniec czwartego roku przestali już wierzyć, że może się ona w ogóle kiedykolwiek skończyć, przywykłszy uważać ten stan rzeczy za zupełnie naturalny, jeżeli nie jedynie możliwy.

— Chcecie zatem, jak widzę, zrobić z nas coś w rodzaju Robinsonów na bezludnej wyspie, skazanych przez całe lata na łowienie ryb w Sekwanie i polowanie na małpy w Lasku Bulońskim — żartował towarzysz Majoie. — Nie widzę celu tej całej mistyfikacji.

— Pozwólcie, towarzyszu — odezwał się nagle towarzysz Marac, płaski, kościsty mężczyzna, o twarzy zapadłej i kanciastej, szampion głodówek więziennych, mogący dać tydzień „for” każdemu zawodowemu głodomorowi.

Wszyscy zwrócili się w jego stronę.