Rudy mężczyzna szklanym spojrzeniem ogarnął tłum. Zazdrosnym ruchem troskliwej ręki zsunął podwiniętą sukienkę dziewczyny, zakrywając odsłonięte nogi i koronki dessous. Złym, psim wzrokiem przebiegł po twarzach otaczających go mężczyzn, zatrzymał się na twarzy policjanta, na wyczyszczonym numerku kołnierza.

— To ja ją zabiłem! — powiedział obojętnym, nienaoliwionym głosem, nie spuszczając oczu z policjanta.

Tłum zafalował w podnieceniu. Policjant nastroszył się.

Rudy mężczyzna przypadł znów twarzą do twarzy nieruchomej dziewczyny i długo pozostawał w tej pozycji. Wyczuwając niejasno uroczystość chwili, policjant postanowił przeczekać. Wreszcie, znajdując, że ta niema scena przeciąga się zbyt długo, ręką delikatnie dotknął ramienia mężczyzny.

Gdy rudy człowiek odwrócił ku niemu twarz, wszystkim nagle zrobiło się nieswojo. Pozlepiane, rozwichrzone włosy kosmykami spełzały mu na oczy. Na czole, jak postronki ściągające gotową pęknąć czaszkę, wystąpiły mu dwie czarne żyły. Twarz nalana krwią była pąsowo-sina.

Tłum cofnął się w popłochu. Nawet nieustraszony policjant wolał przezornie odstąpić parę kroków.

Rudy człowiek podniósł pięść i pogroził nią w kierunku cofających się gapiów.

— Wszyscy powyzdychacie, dranie! — krzyczał ochrypłym, piskliwym głosem, potrząsając w powietrzu pięścią. — Nie było na was kary! Ja jestem wasza kara! To ja wytrułem was, jak szczury! Ja ukradłem od Pasteura probówki z dżumą! Ja zatrułem stację filtrów! Uciekajcie! Ratujcie się! Nie schowacie się nigdzie!

Tłum w popłochu i przerażeniu odstępował piędź za piędzią.

— Nie uciekniecie nigdzie! Koniec! — ryczał rudy człowiek, wymachując kułakiem w stronę bulwaru Arago. — Nie powyzdychacie od zarazy — przyjdą tamci, zza murów! Tysiące! Dziesiątki tysięcy! Za mnie! Za moją krzywdę! Za wszystkich! Kamień na kamieniu po was nie zostanie! Dranie! Bydlaki! Ścierwy!