Z twarzą nabiegłą krwią rudy człowiek parł wprost na rzęsiście oświetloną werandę.
Goście, w panice przewracając krzesła, cisnęli się do wnętrza. Zabrzęczało szkło. Kobiety z piskiem chowały się pod stoliki. Ktoś zapiał przeciągle:
— Na pomoc! Rabują! — i nagle umilkł.
— Policja! Gdzie policja? Czyż naprawdę nie ma policji? — zanosił się w histerycznym ataku wrzaskliwy głos kobiecy.
Wtedy, wśród powszechnego zamieszania, zza stolika w rogu podniósł się słuszny jegomość, sądząc po szerokości bar13 — sportsman i, zamierzywszy się jak rakietą ciężką butelką szampana, cisnął nią w zbliżającego się rudego człowieka. Prysło szkło. Krew zmieszana z winem roziskrzoną, musującą strugą chlusnęła na taras.
— Raz go, a dobrze!
— Jeszcze go raz!
— My tu mamy zdychać? A on co?
— Może naprawdę zatruł? Przecież pisały gazety, że od Pasteura ukradli probówki z dżumą!
— Na pewno zatruł! Bandyta! Po mordzie widać!