— Zatłuc zbója!

— Bij chama! — zahuczało kilkadziesiąt rozbestwionych głosów.

— Panowie, przecież to wariat! — krzyknął ktoś, lecz krzyk jak kamień utonął w morzu tumultu.

— A dżuma skąd?

— A probówki?

— Wiadomo, że zatruł!

— Zabić psa!

Pod ciosem trzeciej, celnie wymierzonej flaszki rudy człowiek zachwiał się i, chlustając krwią, runął na chodnik. Nakryła go fala rozjuszonych ludzi, las podniesionych lasek, szczęk tłuczonych syfonów i przejmujący pisk kobiecy.

Kiedy fala odpłynęła, na trotuarze pozostała nieruchomo spłaszczona czerwona gomółka.

Majestatyczny policjant, który gdzieś się zawieruszył i nagle odnalazł, z grymasem obrzydzenia odwrócił się w inną stronę. W ciągu pięciu minut kawiarnia opustoszała.