*
Gdyby wielokilometrowy film przeciętnego życia ludzkiego można było puścić raz wstecz, oko nasze, podobne wszystko przenikającej sondzie, zanurzone w niezgruntowany potok ludzkiego wnętrza, gdzieś, głęboko, natrafiłoby na punkt, na twardy, węgielny kamień, jakiś fakt, jakieś zdarzenie, obraz, nieokreślone, przelotne odczucie, wypłowiałe i zatarte, a przepojone tak dziwnym barwikiem, że przepływający nad nim wieloletni nurt czasu na zawsze przyswoi już sobie jego nieuchwytny kolor.
W życiu P’an Tsiang-kueja u spodu wszystkich wrażeń, doznań i rusztowań myślowych leżał obraz.
Było to dawno, tak dawno, że niekiedy zapuszczająca się w te dziedziny pamięć, błądząc w nich po omacku, gubiła się w zwojach puszystej, wszystko niwelującej mgły, z której, jak kontury kosztownych i kruchych zabawek — z pokładów waty, wyłaniały się niepowiązane fragmenty jakiegoś innego świata przedmiotów.
Mały P’an, w pstrych, przewiewnych łachmanach, pochłonięty był wówczas stawianiem tamy na rynsztoku jednej z wąskich i brudnych uliczek Nankinu, kiedy ujrzał przebiegającego ulicą ojca. Chudy, bosonogi ryksza15, zaprzężony w dwa cienkie dyszelki, biegł truchtem, ciągnąc z trudnością po wyboistym bruku wózek z biało ubranym panem o białej, jak ubranie, twarzy. Bose pięty rykszy raz wraz migały w powietrzu, a po chudej, stężałej od wysiłku twarzy wąskimi strumykami nienaturalnego deszczu spływał pot.
P’an Tsiang-kueja uderzyła wówczas po raz pierwszy szeroka, niesamowicie biała, jakby obrzękła, twarz białego pana, dziwnie wypukłe oczy o rozszczepionych powiekach i wyraz spokoju, godności i samozadowolenia, zastygły w jej zaokrąglonych rysach.
Od czasu tego minęło wiele długich, znojnych dni i krótkich, łagodnych nocy, obraz zatarł się i wyblakł, zawieruszył się gdzieś w tyle, w zwojach puszystej jak wata mgły. Został cierpki, lotny posmak, otulający już na zawsze świat i rzeczy swoim niematerialnym pokrowcem.
Biała, szeroka twarz o nalanych policzkach, o rozczapierzonych powiekach na nienaturalnej wypukłości oczu, zatraciła swą konkretną cielesność, stała się symbolem, rezerwuarem wydzielającego się ze wszystkich porów, piekącego kwasu nienawiści.
Kiedy w trzy lata później, w mdlący od spiekoty dzień czerwcowy, miłosierni sąsiedzi przynieśli z miasta i ciężko położyli na podłogę nieruchomego szklanookiego rykszę, powalonego gdzieś, na skrzyżowaniu ulic, przez nagły krwotok — maleńki P’an nie płakał, nie czepiał się nóg śpieszących do przerwanych zajęć sąsiadów. Uważnie, z zaciekawieniem obejrzał czarne, otwarte usta ojca — niepojętą, tajemniczą grotę z czerwonymi, zwisającymi stalaktytami, chude, kościste nogi, zakończone parą ogromnych stóp, rozdeptanych jak stare, znoszone pantofle — i poważnie, z namysłem, pogroził komuś w stronę okna dziecinną piąstką, jak poprzedniego dnia tragarz Pao-Czang swemu krzywdzicielowi, sklepikarzowi Ling-Ho.
Potem przysiadł na podłodze i znalezionym gdzieś na ulicy, połamanym wachlarzem zaczął odpędzać zwabione zapachem krwi muchy, garnące się chmarą do otwartych ust nieboszczyka. Szkliste oczy trupa, połyskujące mętnie, utkwione były tępo w sufit, i w oczach nie było przerażenia, nie było bólu, tylko bezgraniczne, ciche zdziwienie.