I wtem — może ciało zaczęło schnąć od nieznośnego gorąca, a może po prostu wewnątrz pękł jakiś gruczoł — z prawego oka zmarłego wytoczyła się wielka łza i wolno popełzła w dół po żółtej, pomarszczonej twarzy.
Mały P’an nigdy nie widział płaczących nieboszczyków, nie przyszło mu do głowy zagłębiać się w analizę tego niezwykłego zjawiska; po prostu, w panicznym strachu, zerwał się na równe nogi i pędem wypadł z komórki. Długo biegł wzdłuż wąskich, krętych zaułków, pośród trajkocących kolasek, dokąd oczy poniosą.
Wieczorem, na wybrzeżu, między workami z ryżem, znaleźli go marynarze, długo cucili kopniakami i, napoiwszy go gryzącą wódką z kao-leengu, pozostawili na nocleg w spichlerzu.
P’an Tsiang-kuei miał wówczas siedem lat.
O głodzie przywykł żyć od dawna — matki nie znał — teraz jednak trzeba było dawać sobie radę już wyłącznie własnym przemysłem. W lecie — noclegi na wybrzeżu, pod gwiazdami. W dżdżyste miesiące — po cudzych zakamarkach, na strychach, w spichrzach. A schwytali — bili długo i ze smakiem. Nie krzyczał, częściej kąsał. Pewnemu mandarynowi, który capnął go za warkocz, tak wpił się zębami w rękę, że mandaryn wrzasnął wniebogłosy, na krzyk zbiegli się sąsiedzi i, niechby się nie zjawił w tej chwili na ulicy przypadkowy pogrzeb, zatłukliby go z pewnością na śmierć.
Jadł, co popadnie, trafiało się zaś niewiele. Kradł kości psom. Psy do reszty podarły na nim łachmany, niekiedy zawadziły i o ciało. Ujrzawszy go z daleka, złowrogo szczerzyły zęby. Stosował przeważnie kuchnię jarską. Zbierał na wybrzeżu rozsypane przy ładowaniu ziarna ryżu. Gotować nie miał gdzie. Jadł na surowo, długo i smakowicie żując każde ziarno.
Mimo to starannie unikał pokusy ludnych targów, gdzie tłuści straganiarze za kilka „tunzer” częstowali gościnnie przechodniów smaczną zupą z herbaty lub pachnącym winem ryżowym, gdzie na straganach górami piętrzyły się owoce, ciastka na kunżutowym maśle, kawałki trzciny cukrowej i tym podobne przysmaki. Przechodząc — nie wytrzyma, w nosie załaskoce go korzenny, przesłodzony zapach, ani chybi — świśnie trzcinę cukrową, co najgrubszą, a potem — zmykaj zdrów! — nie umkniesz nigdzie wśród zsuniętych szczelnie straganów, jak ukarany żołnierz — przez szpaler, na próżno zasłaniając grzbiet przed uderzeniami rozwścieczonych przekupni. Po takich eskapadach tydzień łamało go w plecach i twarda pościel z lössu wydawała mu się szczególnie niewygodna.
Za dnia, ilekroć nie bawił się z innymi bezdomnymi brzdącami, najbardziej lubił spacerować po ulicach dzielnic handlowych, przypatrywać się zawiłym rysunkom liter, kunsztownie wykaligrafowanym na zwisających szarfach szyldów. Litery kołysały się, wymyślne i cudaczne, jak filigranowe domki z zapałek, zdawało się, lada chwila gotowe runąć, trzymały się mocno, niewzruszenie, zbudowane przez niewiadomego czarodzieja-architekta. Lubił godzinami w niezrozumiałych hieroglifach doszukiwać się znajomych konturów. O, ta litera frywolnie zadarła w górę nóżkę, jak babinka na jarmarku, a ta, druga, jakby drażniąc się z kimś, pokazuje mu „nosa”. Kapryśne kompozycje kreseczek i haczyków, dla innych jasne i znajome, dla niego — niedorzeczne i dzikie, zagadkowością swoją paliły dziecinny mózg.
Niekiedy zapuszczał się na peryferie, gdzie, w ażurowym doku ze słupków, czterdziestu chłopaków z oczyma utkwionymi w tajemniczych deseniach, kołysząc się nieskładnie, wykrzykiwało na wyprzódki jednosylabowe, nosowe dźwięki, podpowiadane z katedry przez pomarszczoną cytrynę w okularach i długim chałacie. Przyczajony za werandą P’an chciwie łowił gwar rozstrzelonych głosów. Cytryna w okularach wtajemniczała dzieci bogatych kupców w ukryte znaczenie nierozwikłanych znaków.
Z czasem zaczął częściej zaglądać w inne miejsce. Nieopodal targu, na ulicy, pod dziurawym, wypłowiałym parasolem, stary siwy kaligraf cienkim pędzelkiem malował na długich zwojach jedwabiu tasiemce wzorzystych liter. Mały P’an, przylepiony do ściany, zachwyconymi oczyma biegł za zmyślnymi poruszeniami zwinnego pędzelka. Pałeczki rosły, rozgałęziały się, łączyły w misterne figury, litera podpełzała pod literę i podnosiła ją na barach, jak akrobata, za chwilę wystrzelała już w górę równa, chybotliwa piramida, i kaligraf, ważąc w dwóch palcach czarodziejski pędzelek, uśmiechał się z dumą.