Raz po drodze wyminęli czarny lakierowany wóz, zgrabny i zbytkowny, jak czarodziejski palankin z firankami w oknach i miękkimi, szaro-aksamitnymi poduszkami. Nazywał się jeszcze dziwaczniej: Mer Ce-des. Czao-Lin odprowadził go rozmiłowanym wzrokiem:
— Na takiej maszynie cały świat objedzie!
P’an zaciekawił się:
— A do Europy na takiej dojedzie?
— I do Europy dojedzie.
P’an obejrzał się z zachwytem. Ale pojazdu już nie było. Zniknął.
Żył w tym okresie P’an przeważnie bananami wujcia Czao-Lina, niekiedy jednak zdarzało mu się samemu zarobić kilka „tunzer”. Włócząc się po ulicach, nietrudno podwinąć się pod rękę jakiemuś panu — i interes ubity. Pobiec z listem gdzieś na koniec miasta i na jednej nodze wrócić z odpowiedzią. Odznaczał się rzadko mocnymi i żartkimi nogami (najwidoczniej odziedziczył je po ojcu, który słynął jako pierwszy wyścigowiec). Przebiegnie kłusem dwie lub trzy dzielnice i — jazda z powrotem! Zarobek — w kieszeni.
Podobnie i owego dnia. Jakiś tłusty cukiernik posłał go z listem do wspólnika. Za odpowiedź — dwa tunzer i na dodatek ciastko. Puścił się cwałem.
Było daleko. Za miastem ładna, czyściutka aleja: zieleń, a wśród zieleni, jak filigranowe klocki — białe sześciany willi. Czegoś podobnego nie widział nigdy. Szedł pomału, zapominając o pośpiechu. Wtem — stanął jak wryty. Przed zamkniętą furtką, czarny, połyskujący, jak cudny palankin, stoi, pochrapując cicho, on, czarodziejski Mer Ce-des. Nie mogło być wątpliwości, poznał go z pierwszego wejrzenia. Stoi, samotny, cichutko prychając w piasek. Nawet szofer dokądś się oddalił. Wystarczy wskoczyć na siedzenie, nacisnąć posłuszny pedał i — szukaj wiatru w polu! Na prawo, na lewo — rozgałęzione linie dróg jak tajemnicze „kua” na świętej żółwiej skorupie. W dali, za górami, za lasami — gigantyczne żelazne miasto Eu Ro-pa.
Ze wzruszenia aż upuścił list. Obejrzał się dokoła — nikogo. W uszach natrętnie dźwięczał mu głos Czao-Lina.