— Na takiej maszynie cały świat objedzie!

Wahał się. A w głowie, jak w ulu — pszczeli rój.

Nie, nie wytrzymał. Wygięty jak kot, jednym susem skoczył na siedzenie. Gorączkowo włączył motor. Szarpnął kierownicą. Auto potoczyło się miękko. Zwiększył szybkość. Po bokach przemknęły w szalonym tańcu wille, drzewa, rozwinięty ze świstem wachlarz sztachet. Na przełaj, w nieskończoność — długa miedza drogi. Ludzie opasali kulę ziemską drogą jak pęknięty garnek drutem. Żegnaj, Nankinie, szturchańce, guzy, niedogryzione kości, zły kaligrafie, Yan Tse-kiangu, unoszący w swoich falach świętą księgę „Y-king”, wujciu Czao-Linie — żegnajcie!

Nagle zdrętwiał. Na ramieniu wyraźnie uczuł czyjąś ciężką rękę. Obejrzał się i osłupiał. Z wnętrza karetki poprzez odsuniętą szybę przełaził biały pachnący pan z rozwścieczoną twarzą, usiłując przedostać się na przednie siedzenie. Stalowa ręka, jak kleszcze, schwyciła P’ana za kołnierz. Samochód pędził jak strzała, miękko podskakując na wybojach. Przeskoczywszy wreszcie na przednie siedzenie, biały pan wyrwał P’anowi z rąk kierownicę i zaczął zatrzymywać samochód.

P’an w pierwszej chwili najzwyczajniej w świecie przeraził się i z nagłego przestrachu wypuścił kierownicę. Po trochu jednak zaczął przychodzić do siebie. Biały pan najwidoczniej przez cały czas siedział wewnątrz, za firankami, może czekając na szofera. Że też P’anowi nie przyszło od razu do głowy zajrzeć wprzód przez okienko do środka! Teraz — wszystko przepadło. Zabije go, jak nic. Jedyny ratunek — wyślizgnąć się z rąk tego gościa i dać nura w zarośla.

Samochód stanął. P’an szarpnął się z całej siły i spróbował czmychnąć, lecz biały mocno przytrzymał go za kołnierz, wykrzykując coś w niezrozumiałym języku, prawdopodobnie klął. P’an zrozumiał tylko słowo „złodziej”, które biały od czasu do czasu powtarzał po chińsku. Trzymając P’ana lewą ręką za kark, biały prawą zawrócił samochód. Pojechali z powrotem. P’an spróbował ukąsić przytrzymującą go rękę, lecz w odpowiedzi otrzymał solidne uderzenie pięścią w podbródek. Zadzwoniło mu w uszach.

Jechali w milczeniu. Przed fatalną furtką biały zatrzymał samochód i zaczął kogoś głośno wołać. Z willi wybiegli ludzie i otoczyli maszynę. Biały wciąż wykrzykiwał jakieś niezrozumiałe słowa. Wyrywającego się rozpaczliwie P’ana schwycono i poniesiono w głąb, nie skąpiąc mu po drodze szturchańców. Po chwili oszołomiony P’an znalazł się w ciemnej komórce pod schodami. Drzwi zamknęły się za nim na klucz.

Z goryczą rozcierał obolały podbródek. Szarpnął drzwi — mocne, nie da rady. Nie ma co nawet próbować. Przepadł!

Po godzinie przyszli, wywlekli go z komórki i ponieśli na górę. W wielkiej, wspaniałej sali, gdzie podłoga błyszczała jak wieko z laki, siedział biały pan z samochodu, jeszcze kilku białych i brzuchaty Chińczyk, mandaryn albo kupiec, w bogato wyszywanym jedwabnym chałacie.

Chińczyk od razu przystąpił do badania po chińsku: