— Po coś kradł samochód? Kto cię podstawił? Wymień wspólników — nie zrobimy ci nic. Nie wymienisz — tak ci zerżniemy skórę, że wszystko wyłożysz na stół.

Milczał. I jak tu opowiedzieć takiemu brzuchatemu o żółwiej skorupie, o żelaznym mieście, o najskrytszej tajemnicy białych ludzi?

Zawołano służących. Przyszli dwaj Chińczycy z grubymi bambusowymi trzcinami, rozciągnęli P’ana na stole, zabębnili trzcinami po gołych piętach. Zawył.

— Wydaj wspólników!

Brzuchaty jak żaba skakał dokoła i skrzeczał:

— Nie wydasz — lepiej ci jeszcze skórę złoją!

Bili długo, z przerwami na odpoczynek. Nie krzyczał, zaciął zęby do krwi. Nawet Chińczycy zmachali się. Nie wydobyto z niego nic. Brzuchaty, rozkładając ręce, zaszwargotał po cudzoziemsku z białym. Chińczycy zgarnęli P’ana pod pachę i ponieśli z powrotem do komórki. Po drodze pieszczotliwie pogłaskali go po twarzy. Spytali: czy bardzo bolało? I dodali, jakby na swoje usprawiedliwienie:

— Biały pan każe bić, nie ma rady.

Wieczorem ukradkiem wsunęli mu do komórki miskę ryżu i spory kęs pieroga:

— Masz, nie płacz. Pokrzep się.