Zjadł, łakomie oblizując palce. Przycupnął w kącie, zamyślił się. Znowu bili go. I jutro na pewno będą. Biali, nic dziwnego — wrogowie. A ten brzuchaty? Z ubrania widać, że to bogacz. I on — z tamtymi. Służy przed nimi na dwóch łapkach. A więc to też wróg. Prawdę mówił Czao-Lin. Nie tylko biali. I swoi. Cesarz, mandaryni, bogacze — wszyscy zmówili się razem. Uciskają. Nie pozwalają żyć. Wszyscy na nich się skarżą... Tamci, biali, wymyślili podobno maszyny do zabijania. Kiedy wyrośnie, wróci na takiej maszynie — tych w wyszywanych chałatach trzeba będzie wytępić przede wszystkim.

Usnął z zaciśniętymi piąstkami.

Nazajutrz rano wyciągnięto go z komórki i poniesiono raz jeszcze na górę. Próbował stawiać opór. Nie pomogło. W sali sterczał już brzuchaty. Tym razem nie groził. Fałszywie szczerząc zęby, zaczął wypytywać:

— Gdzie ojciec?

— Nie ma ojca, umarł.

— A matka?

— Też nie ma.

— A krewnych masz?

— Nie mam.

— U kogo mieszkasz?