— U nikogo.
Powtórzył po cudzoziemsku białemu. Długo naradzali się, kiwając głowami, P’an podejrzliwie zerkał w stronę służących, czy nie niosą czasem wczorajszej trzciny. Nie przynieśli.
Natrajkotawszy się do syta z białym, brzuchaty zwrócił się do P’ana po chińsku:
— Właściwie należałoby cię, jako złodzieja, oddać policji, żeby, jak złodziejowi, założyli ci na szyję „kang”. Ale biały pan to miłosierny pan. Biały pan lituje się nad sierotami. Wiele bezdomnych chińskich sierot poumieszczał już w dobroczynnych zakładach. Dlatego postanowił ci darować i nie tylko więcej cię nie karać, ale, na domiar swojej dobroci, umieścić cię w sierocym przytułku chrześcijańskich misjonarzy, żebyś pod ich kierownictwem zapoznał się z prawdziwą wiarą i nauczył się czcić wielkiego boga chrześcijan, który uczy, że kradzież to wielki grzech. Idź i pocałuj rękę swego dobrodzieja.
Skończywszy tę uroczystą tyradę, brzuchaty pociągnął P’ana za kołnierz do ręki dobrodzieja, lecz chłopak tak niedwuznacznie wyszczerzył zęby, że biały pan, przypominając sobie zapewne wczorajsze ukąszenie, pośpiesznie cofnął rękę.
Następnie P’ana poprowadzono znów przez salę i wpakowano do tegoż feralnego samochodu; razem z nim wsiedli do wnętrza brzuchaty Chińczyk i jakiś nieznajomy pan i samochód potoczył się w niewiadomym kierunku.
W białym kamiennym domu, dokąd wniesiono z samochodu opierającego się P’ana, kręciło się wielu białych ludzi w długich cudacznych sukniach. W przestronnej sali, na ścianie, P’an zauważył dziwne, płaskie drzewo dużych rozmiarów, o trzech szeroko rozczapierzonych końcach, i na drzewie, przybity za ręce, ze zwieszoną na bok głową, wisiał goły, skurczony człowieczek. Najwidoczniej w ten sposób biali karzą złodziei! Za chwilę gotowi tak samo i jego: po coś kradł samochód? Brzuchaty mówił wyraźnie: biały bóg zabrania kraść!
Wielkie okna sali wychodziły na ogród i w ogrodzie P’an zobaczył tych samych białych ludzi w długich, powłóczystych sukniach.
Brzuchaty Chińczyk i nieznajomy jegomość rozmawiali o czymś koło okna z długim panem w sukni. Od białych ścian, od dziwnego człowieczka, przybitego do drzewa, powiał nagle na P’ana śliski, lodowaty strach. Panowie, zajęci rozmową, odwrócili się do niego plecami. W odległości sześciu kroków czerniały zbawcze drzwi. Doliczywszy do trzech, P’an smyrgnął w nie jednym susem. W tej samej chwili drzwi otwarły się na oścież i P’an wpadł wprost w objęcia wchodzącego długopołego dryblasa. Dryblas pochwycił go za ręce i poniósł, mimo rozpaczliwego oporu, w głąb białych, chłodnych korytarzy.
I P’an uświadomił sobie nagle jasno, że wszystko przepadło, że zamykają go w białej, cienistej piwnicy, że nie zobaczy już więcej nigdy trajkocących kolasek, długich szklanych wagonów, pstrych kolorowych skrzynek wujcia Czao-Lina, czarodziejskich palankinów na bezszelestnych, pucołowatych obręczach, i w bezsilnej rozpaczy zaniósł się po raz pierwszy głośnym, dziecinnym płaczem, a płacz jego przedrzeźniały długo wąskie, bielone korytarze.