W na wpół ciemnej komórce antykwariusza w odległej chińskiej dzielnicy pachniało pleśnią i zbutwieliną wieków i kurz na brzuchatych porcelanowych wazach, jak na kurz przystało, spoczywał warstwami, aby po ilości warstw, jak po słojowaniu drzewa, rozpoznawać było można genealogię stuleci. Okularny, krótkowzroczny antykwariusz długo badał książkę, wodząc po niej nosem, jak gdyby po zapachu stronic ocenić chciał jej starożytność. Dał trzy „taele” i księgę poniósł do nory.
P’an z pieniędzmi w ręku pobiegł z powrotem do europejskich księgarń. W żadnej jednak z nich książki nie było. Zwątpiały powlókł się na poszukiwania w głąb dzielnic chińskich. W jednej z księgarń chińskich, gdzie trzymano wydawnictwa europejskie, sprzedawca oświadczył:
— Na składzie nie mamy. Możemy sprowadzić z Europy. Tylko za termin nie odpowiadamy, bo to tam teraz czasy wojenne.
Nie, wypisywać i czekać miesiącami, czy przyjdzie — nie chciał.
Usłużny księgarz poradził mu:
— Nie chce pan czekać? Jest tu jedno kółko studenckie. Sprowadziło przeze mnie kilka egzemplarzy. Niech pan spróbuje zajść i poprosić — może jeden odstąpią.
Na skrawku papieru zapisał adres.
P’an popędził z nową otuchą. Było niedaleko. Sadząc po dwa stopnie naraz, wbiegł na drugie piętro. Otworzył mu chuderlawy młody człowiek w okularach. P’an objaśnił mu powód wizyty, powołał się na księgarza. Poproszono go do środka.
W niewielkim, niepokaźnie umeblowanym pokoju matowo płonęła lampa. Gospodarz był rozmowny i grzeczny. Pytał o to i o owo: gdzie się uczy, w której klasie, jakie w szkole panują stosunki, czy nie prześladują Chińczyków, czy wielu białych? Rozgadali się.
Podszedł do półki, wyciągnął książkę: