— Na Marksa macie jeszcze czas. Trudne. Nie dacie sobie rady. Przeczytajcie najprzód tę książkę. Łatwiejsza. Zapoznacie się z przedmiotem. Z czasem zdążycie rozgryźć i Marksa.
Pieniędzy wziąć nie chciał:
— Nie sprzedajemy. Przeczytajcie sobie. Jak przeczytacie — przychodźcie, dam wam drugą.
I uśmiechnął się:
— Tego przecież u waszych ojców-misjonarzy nie wykładają.
P’an podziękował. Mocno, z nieśmiałą wdzięcznością uścisnął mu rękę. Bardzo spodobał mu się chuderlawy. Przecież dotychczas z nikim nie gawędził tak prosto z mostu, o wszystkim. Jak strzała pomknął z powrotem — byle tylko nie zauważyli nieobecności!
Książkę połknął jednym tchem. Ciężkie, nieznajome terminy ekonomiczne przeszkadzały jak ości ugrzęzłe w gardle. Przeczytał po raz drugi. Wydała mu się o wiele łatwiejsza i zrozumialsza.
Jeśli wierzyć książce, ucisk i nędza panoszą się nie tylko w Chinach. W Europie te same dziesiątki tysięcy białych ludzi uciskają i okradają dziesiątki i setki milionów własnych, białych robotników i chłopów. Sedno — nie w barwie skóry i nie w pionowych przekrojach granic państwowych, lecz w poziomych rozwarstwieniach klas, spojonych, pomimo różnic języków i obyczajów, wspólnością interesów i celów. Pracujący i wyzyskiwani całego świata to jedna wielka rodzina. I biały, i żółty cierpią i walczą o jedno. Podobnie i burżuazja. Nie darmo Chińczycy-bogacze zawsze idą ręka w rękę z białymi najeźdźcami.
Wszystko to było niespodziane i uderzające, nowością swą przyprawiało o zawrót głowy. Od rozsadzających czaszkę myśli płonęły rozognione policzki; rozszerzone oczy, jak gdyby uzbrojone w nowe okulary, spoglądały na świat inaczej, przeszywały na wylot jak świdry.
Przeczytawszy książkę od deski do deski, pobiegł do chuderlawego poprosić o inną. Pomówili o przeczytanym. Chuderlawy objaśnił niezrozumiałe słowa. Trudniejsze miejsca wytłumaczył na przykładach. Niepostrzeżenie zeszli na tematy aktualne. O wojnie. Imperializm itd. Dlaczego dla Chin byłoby lepiej, gdyby wygrały Niemcy? Zresztą, tak czy inaczej, kolonialne apetyty imperialistów na pewien czas bez wątpienia osłabną. Grozi za to inne niebezpieczeństwo: najazd Japończyków. Wypierają zewsząd białych. Szykują się do nałożenia łapy na Chiny. Niczym nie lepsi od tamtych, bodajże nawet gorsi. Na fabrykach wyzyskują robotników w niewiarygodny sposób i płacą grosze, o wiele mniej od Anglików.