Dał nową książkę i poprosił P’ana, żeby zachodził częściej.
Książki zmieniały jedna drugą, im dalej, tym zrozumialsze. Czytał ukradkiem, po nocach — noce były białe, jasne. Rano nad niedoczytaną książką zastawał go świt. Za dnia, na lekcjach, ze zmęczenia kleiły mu się oczy. Zaczął się nawet zaniedbywać w naukach. Ojcowie lazaryści, zdziwieni, spytali go o zdrowie. Znacząco kiwali głowami.
Gdy skończył książkę, kręcił się jak na szpilkach, pragnąc czym prędzej czmychnąć do chuderlawego. U chuderlawego poznał innych. Studenci. Praca samokształceniowa. Długie, żarliwe dyskusje po nocach. Kursy, referaty, zbiórki. Zazdrościł im. Chciało mu się jak najprędzej samemu zanurzyć w ten nieznany, pociągający świat.
Po kilku miesiącach oswoili się z nim, rozgryźli go, zaczęli obdarzać widocznym zaufaniem. Któregoś dnia chuderlawy zaproponował:
— Chcecie przygotować referat o roli misjonarzy chrześcijańskich, jako narzędzia amerykano-europejskiego kapitalizmu, w procesie uciemiężenia ludów kolonialnych? Temat zdaje się bliski wam i dobrze znajomy. Przeczytacie na najbliższym posiedzeniu naszego kółka.
P’an zachłysnął się radością. Referat namachał wyczerpujący, sążnisty. Niestety, przeczytać go nie miał sposobności. Ojciec Pafnucy zauważył tajemnicze wycieczki. Wyśledził. Za dnia pod siennikiem namacał postrzępiony Manifest Komunistyczny upstrzony notatami oraz referat o misjonarzach. Twarz nalała mu się pąsowym sokiem. Dysząc ciężko, pobiegł truchtem do ojca Dominika.
P’ana wywołano z lekcji. W kancelarii ojciec Dominik, purpurowo-siny, miał w rękach nieszczęsny referat. W pasji nawet słów zapomniał, tylko nieartykułowany syk:
— Precz, parszywa owco!
P’an spokojnie:
— Proszę zwrócić mi książkę! Niech ksiądz nie waży się drzeć!