Wasja sprężystym krokiem przecina plac i zatrzymuje się przed werandą:
— Wasze błagorodje, melduję posłusznie, sprowadzam zbiega. Zwiał wczoraj w nocy, zmyliwszy straże, na tamtą stronę Sekwany. Schwytano go na mieście i odstawiono do naszych przednich posterunków.
— Dooobrze! — mówi rotmistrz Sołomin, podnosząc oczy, pod których spojrzeniem Wasja pręży się jak struna. — Dać go tu bliżej!
Oficerowie czują: będzie heca. Z rotmistrza kawalarz, umie się zabawić. Z ciekawością przysuwają się bliżej.
Chudy, piegowaty Żydek drży jak liść.
— Bliżej — powtarza obojętnie rotmistrz Sołomin. — Odpowiadać krótko i węzłowato. Jakiego wyznania?
Żyd milczy. Po cóż mówić? I tak wszystko przepadło.
— Wyznania mojżeszowego?
Oficerowie, przeczuwając efektowne widowisko, parskają śmiechem.
— Cóż to, niemowa, czy co? Czy też nie rozumie delikatnie? Pytam się: żyd?