— Nie... — pobladłymi wargami bełkoce chłopak.

Odpowiada mu wybuch śmiechu rozbawionych oficerów.

— Czekajcie panowie, cóż w tym śmiesznego? — mówi, rozciągając słowa, rotmistrz Sołomin. — Nos niczego jeszcze nie dowodzi. Czasami mama się zapatrzy. Skoro mówi, że nie, to nie.

Oficerowie zrywają boki, zakochanymi oczyma spoglądając na rotmistrza.

— Przeżegnaj się — cedzi rotmistrz.

Chłopak kurczowo skręconymi palcami próbuje nakreślić znak krzyża. Drżąca ręka nie trafia na ramię, myli się, kreśli w powietrzu jakiś dziwny zakrętas.

Wtóruje jej głośny ryk śmiechu podochoconych oficerów.

— Niezupełnie tak — mówi z niezmąconym spokojem rotmistrz Sołomin. — To się zdarza. Brak wprawy... Jeszcze raz, powoli a dokładnie.

Chłopak zakreśla ręką mniej więcej prawidłowy zygzak.

— Tak, teraz już było znacznie lepiej — No, czy nie mówiłem wam? Nos jeszcze niczego nie dowodzi. Od razu widać, że prawosławny. Żebyście nie mieli więcej wątpliwości, spuśćcie mu tam, chłopcy, spodnie!