Chłopak gestem zawstydzonej gracji zaciska ręce dokoła wstydliwego miejsca. Wasja i dwóch innych szeregowców rzucają się na niego i rozpinają mu przemocą spodnie. Chłopak szamoce się bezsilnie. Zdarte siłą spodnie bezkształtnymi obwarzankami ześlizgują się na ziemię pod ryk ogólnego śmiechu.

— Ach, tak? — wykrzykuje z udanym oburzeniem Sołomin. — To ja tu, można powiedzieć, piersią własną cię zasłaniam, na słowo ci wierzę, a ty, bratku, kłamiesz? Krzyż święty niechrzczoną ręką plugawisz? Wiary własnej się wypierasz? Tego się po tobie nie spodziewałem.

Chłopak podnosi i zapina niepotrzebne, nieposłuszne spodnie. Długo nie może natrafić na właściwy guzik.

— Przeszukać mu tam kieszenie, chłopcy! — mówi rotmistrz Sołomin.

Trzy pary chciwych rąk wciskają się w zanadrze, przetrząsają kieszenie, odrywają podszewkę eleganckiego ubranka i, wyciągnąwszy z triumfem jakiś zeszycik — sowiecki paszport — podają go rotmistrzowi.

— Taaaak... — przeciąga rotmistrz. — Tak trzeba było mówić od razu. Poprosić: przepustkę do Belleville. Czemu nie? Któż to widział uciekać tak po nocy, w dodatku paszport zaszywać pod podszewkę. A, brzydko! No, żeby mi to było ostatni raz!

Rotmistrz Sołomin zwraca paszport.

— Włożyć mu to z powrotem do kieszeni! A teraz — wiej!

Chłopak nie rozumie, patrzy wybałuszonymi tępo oczyma na rotmistrza.

— Zmykaj! Żebym cię tu więcej nie widział!