Żyd robi niezdecydowany krok naprzód, jakby chciał paść Sołominowi do nóg, zatrzymuje się, patrzy na uśmiechnięte twarze oficerów, odwraca się i zaczyna biec przed siebie, wzdłuż muru, z początku wolno, potem coraz prędzej. Już jest prawie na rogu.

— Czekaj! — woła za nim rotmistrz Sołomin.

Chłopak zatrzymuje się i odwraca wylękły, niezdecydowany.

— Czekaj, zapomniałem postawić ci na twoim paszporcie pieczątkę — mówi Sołomin, posyłając w ślad za nim kulę z nagana.

Żyd pada na wznak z rozczapierzonymi niezgrabnie rękoma.

Wasja zna się na rzeczy, chwyta w lot. Karabin przewiesił przez ramię, biegnie na róg, gdzie leży chłopak, pochyla się nad nim, wyciąga mu z zanadrza jakiś przedmiot i, wymachując nim w powietrzu, powraca biegiem do oficerów.

— W sam środek! — woła z daleka, potrząsając małą czerwoną książeczką.

Wystrzępiony sowiecki paszport przedziurawiony jest w środku na wylot i dokoła otworu od kuli czerwoną obwódką pieczątki zakrzepła krew.

Oficerowie ze szmerem uznania podają sobie z rąk do rąk małą czerwoną książeczkę.

— No, czas spać — mówi, odsuwając krzesło i bębniąc szpicrutą po cholewie, rotmistrz Sołomin. — Radzę panom zrobić to samo. Za dwie godziny muszę być w Pałacu Burbońskim. Wyspać się przecież też kiedyś trzeba. Do widzenia — do wieczora.