—Nie wiem, czy to będzie dobrze — szepnął nieśmiało Tadzio.
—To się dowiesz.
—Nie chodzi mi o podróż i o stryja, ale ojcu byłoby przykro, gdybyśmy Zosi na czas nie przywieźli; taki był uszczęśliwiony z tej naszej wycieczki! To dla niego większa przyjemność, niż gdyby sam mógł nareszcie wyjechać na dłużej w góry.
—Czemu nie mamy przywieźć Zosi na czas? Jeszcześ się nie ruszył z miejsca, a już wątpisz o wszystkiem, jak gdyby Zakopane było co najmniej Europą. Straszna sztuka odnaleźć tutaj dwie osoby, nawet bez klimatyki! Stryj 10 dni zaczeka, a to przecież wystarczy, chociażby się wybrała na dalszą wycieczkę.
—Już tylko 8, dwa zajęła nam droga.
—Nawet 6, bo dwa także na powrót odliczyć trzeba. Ale to także dosyć.
—Swoją drogą, gdyby to zależało ode mnie, wyciąłbym te wszystkie lasy do jednego drzewka. To mi ozdoba! W Zakopanem gór nie widać. Nie wiem, co sobie ludzie do tych Chramcówek upatrzyli, najbrzydsza część osady, bez żadnego widoku.
—Gór tylko nie widać — cicho wtrącił Tadzio. — Za to tyle przestrzeni, zieloności, słońca...
—Dla ciebie wszystko piękne — mruknął Janek — na Kościeliską też stąd mila drogi.
—Ja myślę, żebyśmy poszli do Ślimaka. — Dobrze nam u niego było w zeszłym roku, może i tam stanęły.