Tadzio milczał.
Drugi bukiet wpadł do wózka. Cent na szosę.
Za trzecim razem Janek z gniewem wyrzucił kwiaty.
Tadzio się zaczerwienił i spojrzał na brata, ale nie przemówił ani słowa.
II.
Jasne, wesołe słońce ciekawie zajrzało do pokoju na Chramcówkach, gdzie zatrzymali się nasi znajomi. Pokoik nie był wielki, ale dość wysoki; gładkie, świerkowe ściany lśniły połyskiem atłasu, rzeźbione ramy okna i drzwi przyjemne czyniły wrażenie. Skromne sprzęty zdawały się zupełnie nowe, a wszystko pociągało prostotą i czystością.
—Pogoda — ziewnął Janek — czas nam w drogę, gotowe uciec na jaką wycieczkę.
—Szkoda, żeśmy tu stanęli — zauważył Tadzio — daleko do klimatyki.
—Cóż ci ta klimatyka tak zajechała do głowy? Kpię sobie z klimatyki i żeby cię przekonać, że się bez niej obejdę, wcale tam nie pójdziemy.